Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

czwartek, 24 sierpnia 2017

57. Nowe życie

Hej :) I dziękuję za komentarze! Do połowy września nie będzie mnie w kraju, jednak jestem przygotowana na ewentualną pracę nad rozdziałem za granicą. Tak więc nie obiecuję, że w najbliższym czasie się coś pojawi, ale jest taka możliwość :)



Obudziłam się z zamkniętymi oczyma. Co mi się śniło?
Nie od razu przypomniało mi się, co tu robię. Zapomniałam zupełnie, że jestem u jakiegoś dobrodusznego, aczkolwiek tajemniczego czarodzieja. Po chwili, oprócz tego przeświadczenia, wróciły wspomnienia ostatniego tygodnia. Jak zwykle skwitowałam je ciężkim, sprzeciwiającym się westchnięciem.
Naprawdę nie wyobrażałam sobie, jak można wyjść za Blacka. Może i dobrze, że tu wylądowałam? Może myślą, że zginęłam?
Spróbować się tu zadomowić? Nigdy nie wracać do Hogwartu i cywilizacji? Nie zobaczyć przyjaciół, Rabastana, brata… Może jest to cena, jaką przyjdzie mi zapłacić za ucieczkę przed małżeństwem z rozsądku. To miejsce może nie jest takie złe. Może Mortimer pozwoli mi tu zostać, być może się zaprzyjaźnimy?
Usiadłam na pufie i wpatrzyłam się w dolną część prostej, lnianej sukienki, jaką dostałam. Makabra. Nawet mój gospodarz wydawał się lepszym kandydatem na męża. Wszyscy, tylko nie Black.
Wstałam i weszłam do kuchni, pełniącej rolę głównego pomieszczenia. Bez okien, z wyjątkiem jedynego, malutkiego i okrągłego, czułam się jak w norze. Wrażenie to potęgował do tego niski strop i gliniane ściany.
– Witam! Mam nadzieję, że dobrze spałaś! – zagadnął nonszalancko właściciel domku, krzątający się przy niewielkim kociołku na stole.
– Co pan gotuje? – zagadnęłam.
– Ja nie gotuję – odparł z lekkim zniecierpliwieniem. – Warzę eliksir.
– Aha. – Usiadłam przy wyszorowanym stole i przyglądałam się, jak w moździerzu ugniata jakąś roślinę o niebieskich jagodach.
– To wilcza jagoda, prawda? – zagadnęłam.
Mortimer przerwał i rzucił mi uważne, oceniające spojrzenie. Wyglądał na nieco zaskoczonego.
– Tak… Jesteś dobra z eliksirów?
– Poszły mi najlepiej ze wszystkich przedmiotów na sumach, razem z zaklęciami – odparłam i wzruszyłam ramionami obojętnie. Sumy dla takiego wygnańca jak ja nie miały żadnego znaczenia. Mortimer jednak przyglądał mi się wciąż bardzo świdrującym spojrzeniem.
– Jeszcze nie pisałaś owutemów? – zagadnął powoli.
– Nie. Miałam dopiero w tej klasie.
– Przecież mamy prawie wrzesień! – zdziwił się, marszcząc brwi. – Czemu nie wracasz do domu?
– Niech pan zgadnie – burknęłam drwiąco.
– To czemu mnie nie poprosisz, bym ci pomógł? – rzucił nieco rozbawionym tonem, a potem podszedł do kredensu, by wyjąć fiolkę z jakimś czerwonym płynem.
– Nie chcę wracać – prawie wyszeptałam.
Mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi i popatrzył na mnie nieco zszokowany.
– Nie chcesz…? Do jakiego domu należysz?
– Gryffindor – brzmiała nieco zbolała odpowiedź.
– No tak. To by wiele wyjaśniało – odparł drwiąco.
– Ma pan rację – rzuciłam i zmrużyłam oczy ironicznie. – Co innego Slytherin. Do szkoły nie chciałabym wracać już po pierwszej klasie.
Odpowiedział mi nieco sardoniczny uśmiech.
– Nie musisz mi dogryzać. Jestem dumny, że zakończyłem edukację w najznamienitszym domu Hogwartu, Slytherinie. – Wypiął dumnie pierś i wlał trzy krople czerwonawego płynu do kociołka.
Uniosłam powątpiewająco brwi do góry.
– Nie, tak naprawdę powód jest zupełnie inny – mruknęłam smutno, stawiając pięty na brzegu taboretu na którym siedziałam i podkulając nogi pod brodę. – Chcą mnie wydać za mąż za takiego idiotę…
Westchnęłam ciężko. Mortimer nie odrywał wzroku od wykonywanej czynności, ale wyglądał, jakby uważnie słuchał. Poczułam do niego wdzięczność.
– I do tego naprawdę nie trawię tego chłopaka. Dla moich rodziców liczy się jedynie, że jest bogaty.
– Cóż, jak zawsze. Pieniądze to świństwo, co napędza cały ten świat – rzekł z obrzydzeniem.
– Cieszę się, że pan rozumie powagę sytuacji.
Mortimer wpatrzył się we mnie po dłuższej chwili ciszy, głowiąc się nad czymś i kalkulując. Spuściłam wzrok, nieco speszona.
– Mogłabyś pozostać u mnie na tyle długo, na ile będziesz chciała… – rzekł z wolna, jakby się jeszcze zastanawiając.
– Dziękuję – odparłam, podchodząc do bezkształtnego bochenka chleba, by ukroić sobie kromkę na śniadanie. Poczułam ulgę, ale i rozpacz. Szkoda, uwielbiałam Hogwart, ale to jedyne wyjście. Najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Trzeba dokonać wyboru i albo zostać tutaj, albo wracać tam. Do wszystkiego, co kocham, ale na dokładkę z Blackiem.
Mój wzrok padł na pierścionek zaręczynowy w kształcie półksiężyca.

***

Na zewnątrz mżył delikatny deszczyk, jak to we wrześniu. Niebo przybrało dziś po raz kolejny barwę ołowiu, ale jakby się nieco przejaśniło.
Uchyliłam drzwi chatki, aż zaskrzypiało, i zeskoczyłam z trzech schodków na mokrą, bujną trawę. Rzadki las drzew nieco mnie zniechęcał. Ich korony, okryte w większości liśćmi koloru ognistego lub bardzo jasnego żółtego, były morzem bez końca. Nie wiedziałam, gdzie można by dobrnąć, gdybym zagłębiła się w ten zagajnik. I do tego ta wieczna mgła…
Doprawdy, nie byłam jeszcze nigdy w miejscu, które tak bardzo mogło przygnębiać. Włączając w to nawet samotną, ponurą wieżę w Norwegii, gdzie osiedliła się Diana, Wiktor, Florian, Marina i Jonasz. Zero wiatru. Zero słońca, śpiewu ptaków. Martwa cisza, wiecznie ciemne niebo, gęsta mgła.
Mortimer przycupnął za węgłem, próbując pielić dwa szare badyle w niechlujnej zagródce, podobnej do tej przy moim domu, lecz o wiele skromniejszej. Zbliżyłam się doń i aż zatrzymało mnie to, co usłyszałam. Mortimer bowiem klął, ale to tak, że nawet Black przy tym wymiękał.
Schylił się nisko nad badylem, z furią rąbał małą motyką u nasady i warczał jakieś dziwaczne neologizmy, które sam sobie stworzył. Postanowiłam doń zagadać, siląc się na powagę. Trudno było ją utrzymać, słysząc pod adresem badyla wachlarz takich epitetów:
– Ty zadzie niemyty, mendo kładziona…!
– Ekhym – odchrząknęłam. Mortimer przeniósł na mnie wściekły wzrok. – Czy bezpiecznie byłoby się przejść? Jestem ciekawa okolicy, ale nie wiem, czy mnie coś nie zaatakuje… W końcu siedzę tu już kilkanaście dni, a nigdy nie byłam gdzieś dalej.
– A, idź! – warknął, wymierzając cios badylowi. – Tylko uważaj. Nawet w dzień nie jest tu do końca bezpiecznie.
– Dziękuję – rzuciłam i ruszyłam między rzadkimi, poskręcanymi drzewami, starając się iść prosto, żeby się nie zgubić.
Z niektórych drzew zleciał pojedynczy, czerwony liść. Trawa miała wciąż soczyście zielony odcień, była poskręcana i dzika. Przyszło mi do głowy, że to przez nieustanną wilgoć. Mgła nie rozwiewała się, a dom za moimi plecami nikł coraz bardziej, aż w końcu zupełnie znikł w szarej, gęstej zasłonie. Żwawo ruszyłam dalej. 
Na skraju rzadkiego lasu dobrnęłam do pierwszej przeszkody. Dalszą drogę przecinała dziwnie rwąca, niezbyt szeroka, za to głęboka rzeka. Musiała niedaleko wpadać do morza. Kanał, w którym płynęła, miał pionowe ściany, co wydało mi się nienaturalne.
Przesadziłam ją paroma susami po wystających kamieniach i ruszyłam w o wiele gęstszy las. Tu drzewa były inne: szare, poskręcane, jakby martwe. Liści też nie miały, rosły gęsto, tworząc nieprzyjazny wędrowcom labirynt.
Stanęłam na skraju tegoż lasu, rozglądając się po szaroburym niebie. Zanosiło się na straszną ulewę. W tym problem, że tu zawsze się na to zanosiło, niezależnie, czy ulewa rzeczywiście potem nastąpiła.
Obejrzałam się przez ramię. Na drugim brzegu stała gdzieś daleko we mgle przytulna chatka Mortimera.
Coś mi jednak mówiło, żeby wejść w wyżłobiony w gęsto rosnących, poskręcanych gałęziach tunel. Skąd znałam to miejsce? Ta dróżka przez las… Miałam przedziwne wrażenie, że wiem, co jest na jej końcu.
Schyliłam się nieco i hardo wkroczyłam w zrobiony przez kogoś (lub coś) tunel. Zrobiło się jakby ciemniej. Lniana, prosta sukienka wciąż zahaczała o jakąś ostrą gałąź, toteż odnosiłam wciąż nieprzyjemne uczucie, że coś mnie schwytało.
Labirynt ciemnych, ponurych drzew zdawał się nie mieć końca. Wzmagał we mnie z chwili na chwilę coraz większe obawy, zasilane jeszcze do tego mgłą, przedzierającą się przez najmniejszą przerwę pomiędzy martwymi roślinami. Z łatwością łamałam wszelkie gałęzie na mej drodze – drewno było straszliwie suche i już od dawna pozbawione życia. Przyszło mi do głowy, że to swoisty cmentarz. Dla drzew.
Hmm, jakie ponure miejsce, pomyślałam, unosząc wzrok na prawie zasłonięte martwymi kikutami niebo. Można je nazwać Martwym Lasem.
Wreszcie (zdawać by się mogło – po wieczności) wyłoniłam się na świat z mroków. Przede mną rozpościerał się nieco dziwny widok. Bezkresne, pagórkowate pole z szarawej trawy. Była inna, niż u Mortimera. Ciekawe, dlaczego?
Szare pole i szare niebo stykały się ze sobą, prawie zlewały w jedno na linii horyzontu. Tutaj wiatr wiał, choć przynosił jedynie przykry zapach ryb i jakiejś zgnilizny.
Ciekawe, jaki widok roztacza się po drugiej stronie. Pobiegłam ze sto kroków, by dostać się na pagórek. Zmarszczyłam brwi.
W dole był bowiem dość gęsty, liściasty las. Między liśćmi dostrzegłam fragment muru. Szybko znalazłam się na dole, by obejrzeć odkrycie. Okazało się, że mur jest gruby, porośnięty bluszczem i szarawą trawą. Były to jednak ruiny, w ścianie ziały wielkie przerwy, czas skruszył niezniszczalność. Może mur miał odgradzać jedną ze stron od drugiej? Ostrożnie przekroczyłam granicę.
– ŁA!
– AACH! – wrzasnęłam i wpakowałam się do tyłu na grubą ścianę.
– HAHA! Przestraszyłam cię!
Mała, na oko ośmioletnia dziewczynka w brudnej, znoszonej sukni zaśmiewała się do łez. Miała ubłoconą buzię i skołtunione włosy oblepione brudem. Tak zabiedzonego stworzenia jeszcze nie widziałam.
– Nieładnie! – fuknęłam i pogroziłam jej palcem. – Gdzie twoi rodzice, mała?
Nieco się naburmuszyła.
– Nie jestem mała, duża!
– Jak masz na imię? – zaintrygowałam się.
– Molly – odparła niechętnie. – A ty?
– Mary Ann. To gdzie masz rodziców?
Zmierzyła mnie nieco zbolałym wzrokiem.
– Gdzieś łażą, jak zwykle. Nie mają czasu nawet się ze mną pobawić, wiesz? Wszędzie chodzę sama, albo z Jackiem.
– Jackiem? – spytałam.
– Mój przyjaciel – rzekła nieco obojętnie. – Chodź, pokażę ci go.
Złapała mnie nieco lepką ręką i pobiegłyśmy przez las. Po chwili się przerzedził, ukazując liche, drewniane budynki, porozrzucane luźno bez ładu składu na polance. Dostrzegłam zarysy starego, zarośniętego muru za każdym obiektem. Wioska była sporawa mimo biedy.
– Tu mieszkamy. Dorośli się boją obcych – zaskrzeczała Molly.
– Czemu?
– Nie lubimy ich. Obcy są niebezpieczni i wścibscy. I dziwnie pachną – dodała po namyśle, wszystko wypowiadając na wskroś obojętnym tonem.
– Molly! – z jednej z chałup wynurzył się umięśniony, ubrudzony człowiek z jedną brwią. – Ile razy ci mówiłem, do jasnej cholery, poobieraj te… O!
Zauważył mnie i zjeżył się nieprzyjaźnie. Zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem, po czym wlazł z powrotem do chatynki. Zerknęłam na dziewczynkę z zaciekawieniem.
– Normalka. Ojciec nie jest zbyt przyjazny. No, chyba że wypił dwa głębsze. Pewnie oberwę niezłe lanie – zauważyła beztrosko. – Chodź, Jack na pewno siedzi na swoim drzewie!
Potruchtałyśmy przez wioskę, ja nieco speszona. Wydawało mi się, że mnie obserwują wszystkie domy.
– Hej, Jack! – zagadnęła wesoło. Z drzewa zeskoczył chłopak. Na oko w moim wieku, lub nieco młodszy. Miał bardzo skołtunione, brudne włosy, do których poprzyczepiały się gałązki i liście, oraz podarte, proste ubranie. Ciarki mnie przeszyły: lewa strona twarzy była absolutnie zmasakrowana pazurami jakiegoś zwierzęcia, oko najwyraźniej wypłynęło. Dostrzegłam niewprawne dłonie jakiegoś szewca, próbującego desperacko uratować chłopca nieporadnymi szwami.
– To Jack. Jest cudowny, nie? – zawołała mała dziewczynka bez krępacji.
– Eee… – odrzekłam tylko, powalona z nóg taką śmiałością.
Chłopak przyglądał mi się nieufnie, nie racząc zrobić kroku w przód. Rozchylał dziurki od nosa, jakby wietrzył zapach. Wyglądał po prostu kompletnie dziko.
– Jestem Mary Ann. A ty to Jack? – zagadnęłam, byle tylko go nieco ośmielić. Z wolna pokiwał głową, po czym zapytał, nie robiąc sobie nic z mojej obecności:
– Co ona tu robi, Molly?
– Znalazłam ją w lesie i zabrałam – oznajmiła hardo, jakby Jack ośmielił się obrazić jej znalezisko.
– To zabronione! – warknął.
– Przecież ta dziewczynka jest bardzo miła!
– Dziwnie pachnie… Śmierdzi tym czarodziejem. Wiesz, co to dla nas oznacza! Jesteś obca – zwrócił się do mnie. Ciarki znów mnie przeszły, gdy zobaczyłam poszatkowaną część twarzy. – Nic tu po tobie. Odejdź, jesteś obca. To nasz teren.
Zerknęłam ze zdziwieniem na Molly.
– Jesteś obca. Odejdź – powtórzył natarczywie.
– Chodź, odprowadzę cię. – Chwyciła mnie za rękę i powróciłyśmy do muru.
– Żegnaj – rzekła nieco smutno, spuściwszy głowę.
– To na razie… – odparłam, obserwując kątem oka nieprzyjazną wioskę.
– Jack ma rację. Dziwnie pachniesz – stwierdziła i pokiwała z wolna potakująco.
– Aha. – Przekrzywiłam głowę.
– Ale to nic. I tak cię lubię. Przyjdziesz do mnie czasem? Pobawimy się. Poproszę starszych wioski, by zrobili dla ciebie wyjątek. A jak nie, to będziemy się bawić na polu, nie?
– No… – odpowiedziałam, nie do końca wiedząc, czy chcę kiedykolwiek postawić nogę w tym miejscu.
– Będziemy się bawić!… – Speszyła się jakby, obróciła i czmychnęła do domu.
Plask! Pierwsza kropla uderzyła o moje ramię. Podniosłam z niepokojem wzrok ku niebu. Było prawie czarne, chmury pędziły z pośpiechem, jakby w szaleństwie.
Pobiegłam w stronę chatki Mortimera.
Co to było? Dlaczego mieszkańcy tej wioski zachowywali się tak dziwnie? Czemu byli tacy nieprzystępni? We wiosce było nienaturalnie cicho… Może czegoś się bali? Ten chłopak, Jack, powiedział: „Śmierdzi tym czarodziejem”. Nacechowane to było wrogością. Mortimer także nie lubił ludzi stamtąd, nie chciał mi pomóc, dopóki się nie dowiedział, że jestem z zewnątrz. O co tu chodzi?
Na zewnątrz rozpadało się porządnie, gdy przekroczyłam próg chatki.
– Mortimerze!      
– Gdzie byłaś? – zawołał ze swego pokoju. – Myślałem, że coś ci się stało!
– Nie, tylko…
Wyjrzał zza kurtyny przedzielającej jego pokój od kuchni.
– Tylko co?
– Możemy pogadać? – Opadłam na krzesło przy stole i spojrzałam nań wyczekująco. Kiwnął na zgodę i usiadł ze mną.
– Byłam w tej wiosce, której tak nie lubisz.
– We wiosce, której…? – Zerknął na mnie zszokowany.
– Tak. Pamiętam, jak o niej mówiłeś – rzekłam z powagą.
– I co? – zainteresował się po kilku sekundach.
– Dziwni byli – rzekłam wymijająco. – Tajemniczy i nieodgadnięci. Miałam wrażenie, że znajduję się w gnieździe przerażonych stworzeń.
Mortimer przyglądał mi się teraz z najwyższą uwagą.
– I co jeszcze?
– Nic. Poprosili mnie o opuszczenie ich terytorium. Jednak… Zastanawia mnie to wszystko.
– Nie powinnaś sobie tym zaprzątać głowy. Ta wioska jest… nienormalna – mruknął.
– Zauważyłam. Co im się stało? Czemu nie słychać u nich śmiechu, wrzawy, krzątaniny, a jest tak pusto i szaro? Czego się boją? Czemu cię denerwują? – zagadnęłam nagle.
– Czemu mnie…?
Wydawał się zbity z tropu.
– Cóż… Mieliśmy mały zgrzyt w przeszłości… I wygnali mnie. Tak, tak… – Pokiwał głową, widząc moją minę. – Należałem do nich kiedyś. Powiedzmy sobie szczerze, nie pasowałem do ich zbiorowości…
– A co takiego zrobiłeś, że cię wygnali?
Mortimer przygryzł wargę.
– Nic takiego, w zasadzie… Nieistotne. Radziłbym ci jednak trzymać się od nich z dala.
Posłał mi bardzo surowe, zakazujące spojrzenie. Czaiła się w nim nawet groźba.
– Rozumiemy się? – dodał ostrzegawczo.
– Eee, jasne – odparłam ze strachem. 
– Wingardium Leviosa! – nakazał dzbankowi z wodą, a ja wbiłam zaaferowany wzrok w blat stołu.

***

– BIEGNIE TU! TO ON!
Wrzaski. Kobiety piszczały, nawoływały z rozpaczą bliskich. Smak i zapach krwi.
NIEEE!!!
Usiadłam na łóżku, zlana potem. Westchnęłam ciężko. Rudo-czarne loki opadły na uda. Zsunęłam się flegmatycznie z łóżka.
W kuchni nie było Mortimera. Wyjrzałam przez jedyne w domku okienko. Na zewnątrz lało jak z cebra. Było prawie zupełnie ciemno, choć wiedziałam, że jest dopiero ranek. Drzewa poruszały ciężkie krople deszczu, namokłe góry liści walały się po zielonej trawie. 
Wróciłam, by zarzucić na siebie sukienkę ze lnu. Czemu Mortimer jeszcze nie wstał? A może znów kopie w swym bujnym ogródku, wyzywając dwa nieszczęsne badyle od niemytych zadów? Chyba musiałby być bardzo znudzony, jeżeliby chciał wyłazić w taką ulewę na zewnątrz.
– Mary! – usłyszałam z jego pokoju. – Pozwól no tu do mnie!
Zajrzałam przez kolorową zasłonę do jego pokoju. Siedział w siadzie skrzyżnym na swym pufie, przed nim stał tamten stolik z dziwną kulą.
– Zrób omlety – przykazał złowieszczym szeptem. W ciemnym pokoju bez okien widziałam ledwo jego zarys.
– Co robisz? – zapytałam nieśmiało z zaintrygowaniem.
– To bardzo złożona czynność – wyjaśnił w skupieniu. – A teraz zrób śniadanie. Wytłumaczę ci potem, jak chcesz. Nie przeszkadzaj teraz.
Posłusznie wycofałam się do kuchni. Przez cały czasy, gdy mieszałam składniki omletów, myślałam nad tym wszystkim, co się działo naokoło. Minęło parę dni, odkąd byłam we wiosce. Co się tam działo? Czemu Mortimer zakazał mi tam chodzić?
Charakter i doświadczenie przebywania z Huncwotami podpowiadały mi, że zapewne i tak go nie posłucham. Właśnie, ciekawe, jak tam Huncwoci? Już była pewnie połowa września. Oczyma wyobraźni widziałam Jamesa, rzucającego się po jakiejś klasie. Nie, może bez przesady, w końcu chłopak już spoważniał. Nieco.
Mortimer przekroczył próg kuchni, węsząc w powietrzu, po czym usiadł za stołem, okręcając jeden z kosmyków bródki naokoło palca.
– Co w takim razie porabiałeś przed chwilą? – zagadnęłam, gdy wzięliśmy się za jedzenie.
– Jestem magicznym eksperymentatorem, wynalazcą. Nie mówiłem ci?
– Coś wspominałeś.
– Jeżeli się skupisz i wyłączysz inne myśli, tamta kula może pomóc ci zapaść w bardzo głęboki, spokojny sen. Stajesz się wtedy niewykrywalna dla wrogów. Gdyby jacyś przyszli. To rzecz, nad którą pracowałem z początku. Kiedy jeszcze działały na mnie wrzaski potworów z zewnątrz.
– Tylko to wymyśliłeś? – spytałam z lekką drwiną.
– Oczywiście, że nie – żachnął się. – Są jeszcze inne wynalazki. Na przykład, możesz podejść do mojego zwierciadła. A wtedy…
– A wtedy co? – zaciekawiłam się.
– Nie przerywaj. Możesz podejść do zwierciadła i coś zobaczyć. – Wskazał na okrągłe, wąskie lustro w swoim pokoju. Niewinne spoglądało na mnie, zasłonięte częściowo kotarą.
– Zobaczyć co?
– Nie wiem. Nikt nie wie. Coś, co masz w nim zobaczyć. Mogę wtedy widzieć moje dawne, zatracone wspomnienia, niegdyś istotne dla mnie osoby, spiski we wiosce, przyszłość… Albo tak prozaiczne rzeczy, jak łyżka na stole, gdy jestem głodny. Można zobaczyć swe marzenia i obawy. Chcesz spróbować?
– Spróbuję. Tylko dokończmy śniadanie.
Tak więc poszłam za Mortimerem do jego pokoju, gdy talerze zabrały się do samodzielnego mycia.
– Podejdź tu. Skup się. Musisz spojrzeć głęboko w taflę – poinstruował mnie.
Z pewnym niepokojem podeszłam do lustra. Spróbowałam się wyciszyć, jednak nie potrafiłam osiągnąć całkowitej bierności. Coś mi ciągle przeszkadzało: a to tajemnicza wioska, a to Mortimer, a nawet Black obijał się o ścianki mej głowy. 
– Widzisz coś? – spytał czarodziej po dość długiej ciszy.
– Widzę tylko siebie – odparłam z rozczarowaniem.
– No tak… Czasem nie działa.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem.
– Spróbuję jeszcze raz, może tym razem nie będzie popsute – mruknęłam.
– Dobra. Siedź tu, ile chcesz. I tak nic nie będziemy robić w taki deszcz. – Mortimer wylazł ze swego pokoju, by znów pobawić się w alchemika.

***

Molly zeskoczyła z niskiego, rozłożystego drzewa.
– Rodzice tylko w kółko łażą i narzekają na wszystko. A najbardziej jak muszą doić krowy, a jak krowy nie chcą być dojone, narzekają jeszcze bardziej – stwierdziła pogodnie.
Uniosłam brwi, opierając się o mur obronny.
– A długo już tu mieszkacie? – zapytałam, zerkając na dalekie dachy ze strzechy.
– Od stu lat – zawołała, wytrzeszczając oczy.
– Powinno być was więcej, czyż nie?
– Szybko się rozmnażamy – rzekła bez zająknięcia. – Ale dziesiątkują nas plagi.
– Plagi? – Usiadłam na niskim, czarnym pieńku.
Dziewczynka nie odpowiedziała od razu, zerkając na niebo. Było jak zwykle buro szare, zwiastujące burzę. Nie zdarzyło się dotąd, bym na wyspie dostrzegła słońce.
– Choroby, żywioły… No wiesz, huragany, pioruny, rozszalałe morze. I ten potworny stwór.
– Jaki stwór? – spytałam i zmarszczyłam brwi, sztywniejąc.
– Potworny zwierz. Czasami napada naszą wioskę – stwierdziła Molly obojętnie. – Zjada nas. Kiedyś też się pojawiał, ale nie był tak silny i wielki.
– Kiedyś?
– Ehe. Od jakiegoś czasu jest inaczej.
– Od kiedy?
– Od jakiegoś czasu – powtórzyła z uporem.
– Aha… – Wpatrzyłam się w korony drzew. Dziwne dziecko.
– Nasza wioska stara się przed nim chronić. Ale potwór nic sobie nie robi z naszych barier. A jak ktoś wyjdzie poza obręb wioski w nocy, to już nie wraca! – Wytrzeszczyła dziko oczy.
– Jak on wygląda?
W tym momencie zza drzew wyłonił się ten dziwny chłopiec, przyjaciel Molly. Zmierzył mnie taksującym spojrzeniem i nieco obnażył górny rząd zębów.
– Hmm, macie dziwny sposób witania gości – skwitowałam sardonicznie.
– Molly, zaraz się zacznie. Chodź. Chyba ci coś mówiliśmy. Nie możesz z nią rozmawiać – całkowicie mnie zignorował.
– Ale ona jest miła – oznajmiła dziewczynka.
– Jest z tym czarodziejem. – Znów obdarzył mnie nieprzychylnym wzrokiem. – Chodź. Zaczyna się.
Molly posłała mi tęskne spojrzenie.
– Pa. Długo się nie zobaczymy. I uważaj na potwora – rzuciła nieco obojętnie i znikła za pniakami z kolegą. Odeszłam od muru i ruszyłam pod górkę. Ciekawe, co się zaczyna?
Raptownie zatrzymałam się i wpatrzyłam nieświadomie w ziemię. Długo się nie zobaczymy?
Z wolna obróciłam głowę w kierunku muru. Po minucie kłótni z samą sobą na palcach podbiegłam do niego i wyjrzałam zza zwietrzałych cegieł. Niestety, drzewa zasłaniały mi widok na to, co się działo we wiosce.
A coś działo się na pewno. Spomiędzy pni prześwitywał ciągły ruch i zamieszanie, jakie powstało przed jednym z budynków. Ludzie tłoczyli się u wejścia. Wkrótce nikt żywy nie pozostał w zasięgu wzroku. Zmarszczyłam brwi, zaciskając dłonie na zimnym, chropowatym kamieniu na murze. Co oni robią? Czyżby był to jakiś wioskowy rytuał, niedostępny dla osób z zewnątrz? Podejść bliżej, czy nie? Wyjaśnienie tych wszystkich zagadek leżało u moich stóp. A jak mnie zobaczą?…
Zrobiłam krok do przodu. W tym momencie rozległ się straszliwy skowyt i krzyki bólu. Ohydne warczenie i wycie, a także pełne przerażenia wrzaski podniosły się ku granatowo-ołowianemu niebu. Zamarłam, czując włosy jeżące się na plecach. Podbiegłam na palcach przez rzadki las, znajdując się na skraju wioski i czując nerwowe napięcie mięśni. W tej samej sekundzie, w której zatrzymałam się na chwilę (by rzucić okiem na duży, drewniany budynek i ocenić, czy ma w ogóle coś takiego jak okna w jakimkolwiek miejscu), stało się coś nieoczekiwanego. Prowizoryczne drzwi celu rozwarły się z takim hukiem, że odpadły w diabły na klepisko, a z wnętrza budynku wypadł z impetem człowiek. Dosłownie wyleciał, jakby podmuch wiatru wywalił go na zewnątrz. Upadł na plecy parędziesiąt cali dalej, wijąc się w potwornych mękach i wrzeszcząc opętańczo. Wytrzeszczyłam oczy. Wyraźnie cierpiał.
Za nim wyłoniło się… COŚ. Zamarłam. To COŚ z wolna podeszło ku mężczyźnie… a potem niespodziewanie obróciło łeb ku mnie.
– O, cholera – sapnęłam jedynie, po czym natychmiast rzuciłam się do dzikiej ucieczki przez rzadki gaj. Jednym susem przesadziłam wyłom w murze, biegnąc jeszcze chwilę przez las, a potem pod górkę po zszarzałej trawie, by dobrnąć wreszcie do Martwego Lasu. Nie miałam nawet siły obrócić głowy, by przekonać się, czy stwór mnie goni. Droga przez tunel utworzony pomiędzy martwymi drzewami okazała się jeszcze bardziej mozolna. Miałam wrażenie, że sukienka celowo zatrzymuje mnie w miejscu, bym padła ofiarą rozszalałej bestii. Co gorsza usłyszałam, że z wściekłością przedziera się ku mnie, szarpiąc przeszkadzające konary i ujadając dziko. Nie było więc wątpliwości, że rzeczywiście wybrała się na polowanie.
Wreszcie, dysząc ciężko, wypadłam z Martwego Lasu. Prosto na brzeg rzeczki. Nie oglądając się za siebie, pokonałam ją kilkoma zgrabnymi susami. Na ostatnim kamieniu potknęłam się i z okrzykiem cichego zdumienia wylądowałam w spienionej tego wieczora wodzie. Była zimna i wzburzona, ogarnęła mnie nieznana dotąd pod wodą panika.
Nie zdążyłam się porządniej wystraszyć, gdyż żywioł wypchnął mnie na powierzchnię. Uchwyciłam się brzegu i z lękiem obróciłam w stronę drugiego. Zwierz stał tam, nieruchomy, jakby czatował na mnie. Czekał. Nie przekroczył jednak rzeczki, choć z pewnością potrafił.
Wygramoliłam się z idealnego kanału na bujną trawę i rzuciłam mu zdumione spojrzenie. Nie zareagował, posyłając mi jedynie wygłodzony wzrok. Wzdrygnęłam się. Ten sposób patrzenia, cierpliwego, wytrwałego mordercy… Nie, lepiej go nie wkurzać apetycznym widokiem, pora się ulotnić.
Obróciłam się i czym prędzej pobiegłam przez las Mortimera. Mokra od wody sukienka kleiła mi się do ciała, ale byłam zbyt roztrzęsiona i wzburzona, by brać to do głębszej wiadomości. Czemu nie przekroczył? Może… coś go blokowało? Coś w tym lesie, w tej wodzie, może w osobie Mortimera?
– Mortimerze! – krzyknęłam od progu, gdy go dostrzegłam. Pracował w swym umiłowanym hmm… ogródku. Tym razem z ohydną, mściwą satysfakcją i dziką uciechą podpalał różdżką swoje dwa niereformowalne, nieszczęsne badyle, najwyraźniej komunikując im: „Jak tak, to spadać na bambus!”. Niechętnie przerwał dobrą zabawę i zerknął w moją stronę.
– Gdzieżeś się włóczyła! – obsztorcował mnie na dzień dobry. – Zbliża się noc!
– Ja… – wydyszałam.
Zmrużył podejrzliwie bystre oczy.
– Tylko mi nie mów, że byłaś w tej pogrzanej wiosce wariatów?
– Tak jakby… – przyznałam ze wstydem.
– Mówiłem ci, nie łaź tam! – zawołał ze złością. – Jak tak mówię, to znaczy, że to NIEBEZPIECZNE! Dociera?!
– Tak! – krzyknęłam, głęboko obrażona.
– Phi! – prychnął tylko, obrócił się teatralnie i powrócił do smażenia badyli na popiół.
Nadąsana, że mnie tak okrzyczał, pchnęłam drzwi do domku i weszłam do środka. Też coś! Ja go próbuję ostrzec, a ten nic.  
Wyjrzałam przez jedyne okienko w chatce. Gwiazdy jeszcze się nie pojawiły. Za to księżyc świecił jasnym, szlachetnym blaskiem. Księżyc w pełni. Biedny Remus.
Noc była jedynym momentem, gdy z nieba znikały chmury. Przygnębiało mnie to chyba jeszcze bardziej. Słońce nigdy nie mogło tu dotrzeć. A ja tęskniłam za jego złocistą tarczą.
Z wolna ruszyłam ku pokojowi Mortimera. Ostrożnie podeszłam do lustra. Nie spodziewałam się cudu, przez ostatnie kilka dni nic mi nie pokazało. Byłam też pewna, że niedawny stres i wzburzenie nie pomogą oczyścić umysłu i skupić się. Próbowałam jednak zrobić cokolwiek, co nie będzie krążeniem w kółko po izbie i baniem się bestii, gdy za oknem zapada zmrok.
Przez chwilę w lustrze odbijała się średniego wzrostu dziewczyna z czarno-rudymi lokami do pasa, mokrą sukienką i wyczekującą twarzą. Potem… odbicie zafalowało jak tafla wody, rozmyło się nieco. Zamiast Mary Ann Lupin stał tu jakiś chłopak. Przez pierwszy ułamek sekundy ogarnęła mnie niewytłumaczalna radość. Poczułam się jakby rozrzewniona. Zastanawiające, co mogło wywołać to uczucie?
Na oko miał pod dwudziestkę, był wysoki i przeciętnej budowy, miał ciemnobrązowe włosy i szare, smutne oczy. Jego twarz prezentowała się jako miła dla oka, ładna, coś wyrażała. Byłam nieco zdziwiona, gdyż na sto procent nigdy go w moim życiu nie widziałam. Jednak jego twarz, to spojrzenie… Nawiedziło mnie poczucie, iż w jakiś sposób go ZNAM. Był jak melodia, której nasłuchałam się przez sen. Niby nowy, ale tak bardzo znajomy… Kogoś mi przypominał. Może trochę Remusa, tylko odrobinę. Te oczy miały podobny doń smutny wyraz, przez twarz przemknął cień czegoś podobnego, co często przeszywało buzię mojego brata. No i podobny kolor włosów. Ale ogólnie nikt z moich znajomych tak nie wyglądał.
Chłopak uśmiechnął się do mnie lekko. Zauważyłam, że szare oczy pozostały smutne i melancholijne.  
– Ekhym, Mary? – za sobą usłyszałam nieśmiałe, nosowe mruknięcie, charakterystyczne tylko dla czarodzieja. – Chciałem… O, co widzisz?
Nie obróciłam się do rozmówcy, zafascynowana obrazem. Nie mogłam wprost odkleić wzroku od nieznajomego. Poczułam, że Mortimer stanął obok.
– Kto to? – zapytał.
– Widzisz go? – zdumiałam się, nie odwracając spojrzenia.
Nie odparł.
– To… nie wiem, kto to jest – zawahałam się.
– Nie znasz go?
– Nie. Chyba, że widziałam go już, ale nie kojarzę twarzy. Jest taki niezwykły…
– Niezwykły? Jak dla mnie wygląda jak zwyczajny chłopak.
Dotarło do mnie, że Mortimer obrócił ku mnie głowę.
– Coś czujesz, gdy na niego patrzysz – stwierdził analitycznym tonem.
Po raz pierwszy oderwałam wzrok i przeniosłam na rozmówcę.
– W jakiś sposób czuję… – mruknęłam i zastanowiłam się. – Sama nie wiem. Jakąś więź. Czułość.
– Jest dla ciebie istotny, prawda?
– Tak sądzę. – Znów wpatrzyłam się w chłopca. Urzekła mnie jego twarz. Była śliczna, przynajmniej według mnie.
Obraz powoli wyblakł. Wciąż wlepiałam wzrok w taflę, jakby chłopak obiecał, że zaraz wróci. Ale więcej się nie pojawił.
– Zrobię kolację – mruknął czarodziej i taktownie wycofał się z pomieszczenia. Kiedy przekonałam się, że Mortimera już nie ma, delikatnie położyłam dłoń na lustrze, marząc, by podążyć za chłopcem. Przysunęłam się blisko odbicia.
– Wróć, proszę! – poprosiłam błagalnym szeptem. Niestety, nic się nie wydarzyło, nadal stałam ogarnięta tęsknotą za nieznaną osobą. Kim był?
Poczułam rozgoryczenie. Nie ma go. Odszedł, i już się nie pojawi. Po kilkunastu minutach czekania na próżno usłyszałam ponure burknięcie z pokoju, zapewne oznaczające, że kolacja stygnie. Westchnęłam więc i weszłam do kuchni.   
Mortimer cierpliwie czekał i nie zaczynał rozmowy. Jedliśmy w milczeniu jajecznicę z jajek znalezionych gdzieś tam przez czarodzieja. Nie był skory powiedzieć, gdzie.
– Tak więc, byłaś we wiosce – zagadnął, gdy już nie wytrzymał.
– No – mruknęłam, nie paląc się do rozmowy.
– Ty wiesz, że oni nie są normalni? Mówiłem ci to już.
– Tak, zauważyłam… – Po czym opowiedziałam całe zdarzenie Mortimerowi.
Czarodziej przygryzł wargi, czymś zdenerwowany.
– Widziałaś za dużo, Mary. O wiele.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zdziwiłam się. To brzmiało tak, jakby coś wiedział.
– Otóż, gdy mówiłem ci, że to niebezpieczne, to miałem ku temu powody. Nie wolno ci było chodzić do tej wioski! Ale nie, ty oczywiście w nosie miałaś moje ostrzeżenia!
– Nie zaczynaj – westchnęłam.
– Nie zaczynam! Co by było, jakbyś się na nich wpakowała? Oni są potworami, dziewczyno – warknął. – Groźnymi bestiami. Nie wolno z nimi rozmawiać czy utrzymywać kontaktów w jakikolwiek sposób. A najlepiej to ich wyciąć w pień.
– C-co? – ogarnęło mnie przerażenie. – To oni są tymi bestiami?!
– Się zdziwiła! – prychnął.
– Ale… Myślałam, że oni jakoś… wywołują tę bestię. Myślałam, że to jakiś rytuał, czy coś…
– Ta jasne, i co jeszcze! – zadrwił Mortimer.
– No co? – naburmuszyłam się. – Ja słyszałam od nich, że jest tylko jedna bestia i ich atakuje!
Tym razem Mortimer nie odparł od razu.
– Dziwne rzeczy ci gadają, by cię oszukać – zaskrzeczał w końcu. – Nie zauważyłaś ich dziwnego zachowania? Ich tendencji do… ścisłej stadności? To wilkołaki, Mary. Wilkołaki!

1 komentarz:

  1. Kochana moja cudowna istoto niech Mary już wraca do domu. Nie podoba mi się jej nowe towarzystwo xD
    Luella

    OdpowiedzUsuń