Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

niedziela, 25 października 2015

20. James kocha sporty ekstremalne – szczególnie gonitwy za pędzącym pociągiem

Nadszedł wreszcie dzień wyczekiwany przez niektórych, ale przez większość przeklinany.
Zgromadziliśmy się przy wozach.
– Masz wszystko? – zapytała Lily. – Ja zawsze mam wrażenie, że czegoś zapomniałam…
Wpakowaliśmy się we trójkę do wozu. Severus był nieco przybity. Wyglądał za okno tęsknie w kierunku wież i potężnych murów szkoły.
Trzymałam w objęciach koszyk z moim kotkiem, głowiąc się nad imieniem dla niego. Po tylu miesiącach stwierdziłam, że najlepiej będzie nazwać go jakoś głupio. Na przykład Fruzio. Albo Fąfel.
Ciszę przerywał tylko uprzejmy, delikatny głos Lily. Severus odmrukiwał coś czasem, wyraźnie zasępiony, a ja wpatrywałam się w piękne pagórki. Wreszcie dojechaliśmy do stacji Hogsmeade.
Wsiedliśmy w trójkę do jednego przedziału. Słyszałam, jak Huncwoci kotłowali się niedaleko na korytarzu, wrzeszcząc coś niezrozumiale w języku ludzi wybitnie pierwotnych.
Po drodze mało rozmawiałam z moimi towarzyszami. Patrzyłam na nieustannie zmieniający się obraz za oknem. Kupiłam trochę magicznych słodyczy i zajadałam się nimi, podczas, gdy Lily starała się jakoś rozerwać i rozluźnić Severusa.
– Meggie, czy mogłabyś na chwilę przyjść do nas? – spytał Remus, który wszedł do naszego przedziału po wcześniejszym grzecznym zapukaniu. Atmosfera zagęściła się. Sev spojrzał spode łba na Remusa, ale on się nie speszył, tylko gestem przywołał mnie do siebie.
Poszliśmy więc korytarzem, w stronę lokomotywy, gdzie mieścił się przedział Remusa i reszty. W środku kotwasili się pozostali Huncwoci. Peter skakał przy oknie z głową wystawioną na pęd i darł się z jakiegoś sobie tylko znanego powodu. Black szeptał coś do Rogacza. Obaj spojrzeli na mnie, gdy weszłam, Rogaś uprzejmie, Black pogardliwie.
– Czego? – zwróciłam się do Remusa. – Chciałeś czegoś ode mnie?
– Hmm, w sumie to James coś chciał… – mruknął Remus, wskazując ruchem brody na kumpla.
James wyszczerzył zębiska na zachętę.
– Odwróć się na chwilę, skarbie! – rozkazał mi z obowiązkowym parsknięciem śmiechem. Wykonałam jego polecenie ze strachem o własną skórę. Po Jamesie można było się spodziewać różnych pomysłów.
Po pewnym czasie Remus wykrzyknął:
– Co wy… Na mózg wam padło?!
Odwróciłam się natychmiast, z trwogą.
Blacka nie było w przedziale, za to na tle pięknego, angielskiego krajobrazu mignęła mi... syra Jamesa. Rozdziawiłam buzię w szoku.
Oni są naprawdę postrzeleni. Weszli na dach pociągu…
Fragment nogi Jamesa zniknął z pola widzenia, a ja podleciałam do otwartego okna, wymijając oniemiałych Remusa i Petera. Nawet nie zdążyłam porządnie wyjrzeć, a już pochwyciły mnie jakieś ręce i podciągnęły do góry. Zatkało mnie ze strachu, gdy moje nogi rozpaczliwie zamachały na tle przesuwających się szybko krajobrazów, a sekundę później siedziałam już na dachu wagonu, który nie pędził może bardzo szybko, ale na tyle, bym mogła się zastanawiać, czy już poszły mi zwieracze, czy zrobią to dopiero za kilka następnych sekund.
– James, ty idioto!!! – jęknęłam i przywarłam płasko do powierzchni dachu. A może byłam tak przerażona, że nie umiałam zdefiniować, czy zwieracze wciąż funkcjonują, czy już nie?
Przede mną stali Black i Rogacz. Jak oni wytrzymywali?!
– Rozluźnij się, maleńka! – wrzasnął dziko rozradowany James. – Tańczymy taniec Hula!
I zaczął tańczyć zadziwiająco podobnie do kobiet z Hawajów, falując rękoma i biodrami. Black zrobił minę w stylu: „Huncwoctwo czyni wariatem” i położył się na dachu, zakładając ręce za głowę, jakby drzemał. Był kompletnie rozluźniony.
– Zasłaniasz mi słońce, czopku! – zawołał do Jamesa, przekrzykując hałas, jaki robił pociąg.
– Złazić na dół, pozbawione mózgu pierwotniaki!!! – usłyszałam wrzask Remusa.
– Remus, ratuuj!!! – krzyknęłam, przerażona i zupełnie sztywna.
– Ja też tam chcę!!! – usłyszeliśmy jęk Petera.
– Nie, Glizduś, to nie dla dzieci! – odkrzyknął nonszalancko Black, nie przestając symulować opalania się.
W tym czasie James wyprostował się i rozłożył ręce, zamykając oczy.
– JESTEM KRÓLEM ŚWI… !
Reszta jego wrzasku zamieniła się w zdumiony ryk, gdy w ostatniej chwili uniknął zderzenia własnego czerepu ze sklepieniem krótkiego tunelu, do którego wjeżdżał pociąg.
Black ryknął niekontrolowanym śmiechem, a James z otumanionym wyrazem twarzy i zezem oszołomienia runął na dach pociągu w pozycji horyzontalnej. Jakimś cudem nie zleciał.
Zaczęłam się już przyzwyczajać do pędu i nawet kucnęłam niepewnie, gdy z jednego z okien wyjrzała sina twarz jakiegoś ślizgońskiego prefekta.
– ZŁAZIĆ MI, WY DWAJ, ALE JUŻ! NIE MACIE MÓZGÓW?! CZEKAJCIE, JUŻ JA WAM DAM GRASOWANIE PO DACHU…
Jakimś cudem mnie nie zauważył.
Prefekt wykonał ruch, jakby wybierał się na dach. Black i Potter wydali z siebie krótki kwik przerażenia, powpadali na siebie po chaotycznej pracy mózgu, po czym James złapał mnie za nadgarstek. Dostałam zawału, bowiem poratowali się dziką ucieczką w stronę końca pociągu. Syriusz skakał przez wszystkie napotkane przerwy między wagonami z dzikim wrzaskiem radochy. James chyba też nosił się z takim zamiarem, ale ja w ostatniej chwili zaparłam się obiema nogami. W konfrontacji z dziurą do przeskoczenia w pełnym pędzie lub rozjuszonym prefektem Slytherinu, krzutącym się pianą z wściekłości, wybrałam prefekta.
– JAMES!!! – zawyłam. – ZABIJĘ CIĘ! BOJĘ SIĘ, IDIOTO! ZARAZ SPADNIEMY!
– Zabijaj mnie potem, na razie depczą nam po piętach! – odwrzasnął Rogacz, po czym wykonał skok.
Modląc się, żeby chociaż moje ciało po wpadnięciu pod stalowe koła wyglądało jako tako estetycznie, poszłam za przykładem Jamesa, nie wierząc, że to robię. No i niezbyt byłoby miło, gdybym wykoleiła pociąg i uczniowie spóźniliby się do domu na obiad.
Dobiegliśmy na sam koniec pociągu. Prefektowi najwidoczniej zabrakło ikry, żeby za nami podążyć.
– No, to pozbyliśmy się natręta! – Rogaś wyszczerzył paszczękę. – Schodzę!
I wskoczył do ostatniego przedziału.
Usłyszeliśmy dziki wrzask, potem filuterne „Uuu!” Rogasia. Z przedziału dotarła do nas symfonia bluzgów, pisków, krzyków i ogólnie pożogi, po czym James z trudem i najwyższym pośpiechem wskoczył z powrotem na dach z trochę otumanionym wyrazem twarzy. Za nim przez okno beztrosko wyleciał czarny but na koturnie, a po chwili namysłu – jeszcze stanik. Oba przedmioty wylądowały gdzieś w kępie wszędobylskich wrzosów.
Black rzucił mu pytające spojrzenie.
– No co? – wybełkotał tępo tonem zdumiewająco podobnym do cofniętego w rozwoju orka po amputacji mózgu zadowolony z siebie James. – Tam były laski, które przebierały się ze szkolnych szat… Chyba je trochę zestresowałem.
Black nieco się spłoszył i zarumienił, ale dzielnie pokręcił głową z politowaniem, udając niewzruszonego.
– Imprezka!!! – wrzasnął raptownie podniecony James i zaczął tańczyć jakieś disco. – Oh, yeah! Come on, baby!
Jego kumpel ukrył ze wstydu twarz w dłoniach. Zaraz potem ja i on uchyliliśmy się przed dość nisko zawieszonym prętem, na którym ktoś umieścił jakiś znak dla maszynisty. James też wykonał manewr chroniący jego łeb przed trzepnięciem o pręt, ale zachwiał się i runął w dół za ostatnim wagonem.
– JAMES!!! – wrzasnęłam przerażona do ostatnich granic.
Black zareagował błyskawicznie i rzucił w Jamesa jakimś czarem, przez co ten upadł na głowę na tory i odbił się jak piłka do góry, po czym w skrajnym oszołomieniu stanął na nogach.
– Czy mi się wydaje, czy usłyszałem zdumiewająco pusty odgłos? -- zaśmiał się Black do oddalającego się Jamesa.
Ja i najmniej przeze mnie lubiany Huncwot położyliśmy się na krawędzi. James chyba zreflektował, co jest grane, bo podskoczył jak oparzony i zaczął szybciutko popylać za naszym pociągiem, przebierając nogami w najwyższym skupieniu.
– No, może trochę szybciej, bo nie zdążysz na ten pociąg! – wrzasnął do niego Syriusz, a James zaczął się śmiać z zaistniałej sytuacji. Niestety, świeżo upieczony sprinter wciąż się oddalał.
– Kocham spędzać czas w nietypowy, oryginalny sposób! – odpowiedział rykiem.
Miał taki wyraz twarzy, że nie dałam rady utrzymać powagi. Wyglądał komicznie, z tymi pomykającymi szybko nóżkami, czerwoną, skupioną miną, nie mogłam się powstrzymać:
– Rogacz, wyglądasz, jakbyś próbował pokonać roczne zatwardzenie! – wrzasnęłam do niego z rozbawieniem, a Jamesa zgięło w pół ze śmiechu, przez co zatrzymał się i błyskawicznie zniknął za zakrętem.
Black leniwie, bez pośpiechu wyciągnął różdżkę, po czym machnął nią i rzekł:
– Accio.
James wyłonił się zza zakrętu, lecąc, jakby został wystrzelony z procy, by po chwili stanąć na dachu pociągu, dysząc ciężko i śmiejąc się do rozpuku.
– Wracajmy może, co? – zaproponowałam.
Mieliśmy problem ze znalezieniem przedziału. Wywiązała się z tego istna batalia.
– Mówię wam, to na pewno wasz przedział! - krzyknęłam, przywierając płasko do dachu w wyznaczonym miejscu.
– A założymy się? – zawołał James w odpowiedzi, swobodnie stojąc nad innym oknem.
– Dobra, robicie to na własne ryzyko! Skoro to wasz przedział, to ja idę do swojego…
Odliczyłam odpowiednią odległość i nie bez trudu wskoczyłam, tak jak myślałam, prawidłowo do tego przedziału, w którym miałam rzeczy.
Lily wydała histeryczny pisk, gdy zauważyła, że wskakuję przez okno.
– Co ty tam robiłaś?! – przeraziła się, a Severusa zatkało.
– Dłuższa historia! – wydyszałam, po czym parsknęłam, nie wierząc, że właśnie paradowałam po dachu ekspresu Hogwart-Londyn.
Na korytarzu rozległ się raptownie dziki ryk furii. Kilka chwil ciszy…
Do naszego przedziału przez otwarte okno z dachu wpadł z szaleńczym wrzaskiem Black, potem, z jeszcze większym wyciem James, a na końcu ten sam prefekt, który miał kłopoty z nimi, gdy wysadzili w pociągu łajnobomby i fetorokulki w ferie. Prefekt wydawał ów dziki ryk furii, goniąc z pełnym poświęceniem i pasją godną piastowanego urzędu tamtą dwójkę kombinatorów, którzy prawie pogubili po drodze nogi ze strachu przed rozujszonym prefektem. W końcu nie każdy prefekt w swej wściekłości jest gotów wpakować się na dach, byle tylko wlepić szlaban. Lub zabić.
Cała trójka wyleciała z przedziału i popędziła gdzieś w kotłowaninie.
Sev zrobił zdziwioną minę.
– Prefekt? Na dachu? – Uniósł w niedowierzaniu brwi. – Chyba mnie przegrzało…
Gdy makabryczny ryk ustał i uznałam, że prefekt nie stanowi już zagrożenia dla losowych pasażerów, poszłam do przedziału chłopców.
Remus i Peter niemiłosiernie chichotali, obserwując stłamszonych oszołomów, skupionych dziwnie blisko siebie, jakby przeszli jakąś ciężką traumę.
– Jak ten prefekt znalazł się na dachu? – spytałam bez ogródek.
Black wzdrygnął się na to widocznie koszmarne wspomnienie, ale James zachichotał i odparł:
– No więc… Miałaś rację. To nie był nasz przedział, w którym wylądowaliśmy. Siedział tam ten prefekt… Ale najgorsze było, że nie zauważyliśmy go. I Syriuszek wylądował tyłkiem na jego kolanach…
Remus i Peter wybuchnęli jeszcze większym śmiechem, a Black spalił cegłę. Mimo wszystko, parsknął śmiechem i stwierdził tonem, w którym słabo wymieszał luz z niepewnością:
– No co? Fajnie było…
– Zaległa cisza, potrzebna prefektowi, by skumał, że właśnie dwóch uczniów było na dachu – kontynuował swą opowieść James. – A Syriusz, znacie go… Siedząc dalej na jego kolanach, wyszczerzył się do niego w nieskazitelnym uśmiechu i zawołał: „Siema!”. Wtedy prefekt się otrząsnął i dostał jakiegoś szału bojowego! Ledwo zwialiśmy na dach, taka tam się zrobiła pożoga… Tłukł się po przedziale na ślepo w szewskiej pasji, nie mieliśmy wyjścia, to był odruch… Ale nie przewidzieliśmy, że ten prefekt jest bardziej ekstremalny, niż ten ślizgoński… W każdy razie, jak zwał, tak zwał, poleciał za nami na dach, matoł jeden. No, i wpadliśmy do pierwszego lepszego przedziału, bo dostaliśmy zbiorowego stresa. Przecież kolo nad sobą nie panował, mógłby trwale uszkodzić nasze urokliwe buzie, waląc pięściami na odlew!
– No, jakby walił pięściami na odlew, to raczej by wam te buzie wreszcie wyprostował… – mruknęłam, a Peter i Remus ryknęli śmiechem. – A teraz wrócę do siebie. Na drugi raz ostrzeżcie, gdy macie zamiar uchodzić z życiem przed wściekłością prefekta do naszego przedziału.
Severus i Lily rozmawiali o czymś, a gdy weszłam, usłyszałam strzępek rozmowy:
– Ten Potter ma niepoukładane w głowie! Dostałam zawału przez niego! Tak wpadać przez okno… Już nie wspomnę, że mógł sobie coś zrobić. Kompletny brak wyobraźni. Przedszkole, ech.
Podróż po kilku godzinach dobiegła końca. Jakimś cudem ją przeżyłam.
– Pa, pa, Meggie! – James zmiażdżył mnie w czułym uścisku, udając płaczącego. – Pisz do mnie liściki, bo nie wyrobię…
– Co, tak cię wszyscy ignorują? – zakpiłam, a James cmoknął mnie w policzek, po czym szepnął:
– Ćwicz animagię i patronusa!
– Będę ćwiczyć… – odparłam szeptem, patrząc mu głęboko w oczy, by pochłaniać ich orzechową głębię. Długo miałam jej nie doświadczać.
– No, to miłych wakacji! – Peter uścisnął mi przyjacielsko dłoń. – Mam nadzieję, że wytrzymasz z Remusem całe dwa miesiące!
Zaśmiałam się.
– Och! – Remus melodramatycznie przytknął wierzch dłoni do jednej ze skroni. – Do widzenia, Mary Ann! Chodź tu do mnie, to cię przytulę na pożegnanie!
James i Peter parsknęli, po czym oni i Black udali się do swoich rodzin.
– Pa, Meg! – Lily przytuliła się do mnie. – Będziesz pisać, dobrze? Bo ja nie mam sowy…
– Będę. I wytrzymaj jakoś z Petunią, dobra?
Lily oddaliła się, rzucając mi ostatni, miły uśniech.
– No, to na razie! – Sev podszedł, ponuro wyginając wargi w czymś, co miało przypominać uśmiech. – Czekają mnie ciężkie wakacje, ale każde takie były…
Spojrzałam na niego ze współczuciem. Coś drgnęło w moim sercu, gdy patrzyłam w jego czarne oczy. Biedny Severus…
Przywitałam się z rodzinką i w czwórkę udaliśmy się na mugolski peron. Ciekawe, co przyniosą wakacje?

4 komentarze: