Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

wtorek, 15 września 2015

8. Nieoczekiwana podróż



W miękkiej ciszy mojej sypialni było coś bardzo uzależniającego. Lubiłam cały dom, ale najczęściej i najchętniej przebywałam właśnie w tym pokoju, w otoczeniu seledynowego aksamitu i róż z kości słoniowej.
Trochę żałowałam, że mój pamiętnik, bądź co bądź założony niedawno, spalił się z całym domem. Czasem czułam potrzebę przelania w tej ciszy moich myśli, wspomnień na papier. Przeczytania jeszcze raz pierwszych zapisków, w których skarżyłam się na szkołę. I porównania.
Co bym napisała w nim teraz…?
Że mieszkam już miesiąc w moim prawowitym domu, ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do magii. Dosłownie wieję, gdzie pieprz rośnie, gdy w kuchni pojawia się nagle któryś z rodziców przy pomocy teleportacji. Nie mogę też zrozumieć mamy. Ona wszelkie obowiązki, nawet te najprostsze, wykonuje czarami! Nie wiem, czy potrafi zrobić cokolwiek z tych czynności, które zwykle robią mugolskie gospodynie. Muszę jej pomagać przy drobiu i krowach - to bardzo niewdzięczne zadanie. Ale jeszcze gorsze od zwierząt są te dziwne rośliny. Niektóre wymagają szczególnej opieki. Albo ostrożności!
Do tego ciągle wydaje mi się, że wszystko, za co się wezmę, knocę. Jakoś tydzień temu przewróciłam CAŁY kredens, a co z tego wynika, stłukła się wszelka zastawa, jaką mamy. A to wszystko przez ten głupi widelec, który wleciał pod niego. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale tak go stamtąd wydobywałam, że spowodowałam upadek mebla. A może ów mebel był ożywiony czarami, nie lubił mnie i czaił się na moją skromną osobę już jakiś czas, by znienacka zaatakować przy pierwszej lepszej okazji? W każdym razie ledwo uciekłam przed przewracającym się, stukilowym kredensem. Na szczęście mamy różdżki i rodzice mogli naprawić szkodę. Innym razem przewróciłam tacę z jakimś eliksirem w kilku flaszkach. No i była niezła jatka, eliksir… wywołał małe fajerwerki. Po wszystkim mama cuciła mnie chyba z godzinę, tak oberwałam, a włosy stały mi potem w słup jeszcze ze trzy dni.
Zdaję mi się, że nigdy nie przyzwyczaję do magii moich odruchów, mózgu, myśli. Bardzo mi z tym ciężko. W końcu teraz muszę wszystko znów podporządkować w życiu na nowo, tym razem pod nowy system, którego nie do końca rozumiem. Czuję się, jakbym urodziła się dopiero miesiąc temu, no!
Jeśli chodzi o mojego brata, to bardzo za nim tęsknię. Przysyła mi listy tak często, jak może, średnio co trzy dni. Raz długo nie pisał i było mi przykro − dopóki mama mi nie przypomniała, że Remus jest obecnie wilkołakiem i leży w bezpiecznym dla innych ludzi miejscu. Z tego co wiem, to rodzice wysyłali mu już trzy wyjce w tym roku. Wyjec to taki list, który rodzice wysyłają uczniom, gdy ci coś przeskrobią i to podobno okropna kara, bo treść takiego wyjca słyszy cała szkoła i jest obciach. Przynajmniej tyle z tego zrozumiałam. Z niego i tych jego kolegów muszą być niezłe rozrabiaki!
Nie mogę pozbierać się tak do końca po utracie rodziców. Ciągle powstrzymuję się od myślenia o nich, łzy same cisną się do oczu za każdym razem, gdy o byłych opiekunach pomyślę, a bardzo boję się popaść w jakąś depresję, rezygnację z życia. Staram się odciąć od wszystkiego, co przydarzyło mi się do wypadku, nawet od nich, uporządkować wszystko od nowa, jakbym nigdy nie była Mary Ann Brown, ale nie udaje mi się to za dobrze. Chyba upłynęło zbyt mało czasu. Jest mi tak źle bez nich, do niedawna byli dla mnie wszystkim, jedynymi przyjaciółmi, rodziną, towarzyszami, poza nimi inni ludzie praktycznie nie istnieli. Czuję się osamotniona i nie mam z kim pogadać. Do moich prawdziwych rodziców nie przywykłam, mam pewne opory w kontakcie z nimi, a Remus jest daleko. I jeszcze to poczucie, że zginęli przeze mnie… Gdybym tak nie stała w tej kuchni i czekała na wyjaśnienia, gdybyśmy uciekali od razu, jak błagali… Właśnie ta świadomość to najgorsze tortury. Kocham obecnych rodziców, ale wiem, że nigdy nie zastąpią tych poprzednich, to chyba niemożliwe.
Niedawno zdałam sobie sprawę z potęgi ludzkiej podświadomości. Rozpamiętywałam ostatnie dni w domu przed pożarem i przypomniał mi się sen. Ten z kobietą i jej orzechowymi oczami. Uświadomiłam sobie, że śnił mi się wielokrotnie i nabrałam podejrzeń, że to moja biologiczna mama, Rea Lupin. Przez wszystkie lata przebywała gdzieś na dnie umysłu, a raczej wspomnienie i tęsknota za nią. Dziwne, że to zaklęcie nie wymazało jednak całkowicie jej obrazu z pamięci. Zdumiewający jest również fakt, że normalnie nigdy bym jej sobie nie przypomniała, a jednak wystąpiła w moim śnie − czymś, nad czym człowiek nie panuje.
Jeśli chodzi natomiast o ludzi, którzy spalili mi dom i rodzinę, to wątek się urwał. Do teraz nie wiem, czego chcieli i czy dalej coś mi grozi. Przyczyny ataku pozostały tajemnicą, ale czułam, że gdy tylko trochę podszkolę się w magii i dorosnę, sięgnę po rozwiązanie zagadki, nawet jeśli będzie to graniczyć z cudem. Dla uspokojenia sumienia i zrozumienia, dlaczego musiałam stracić wszystko i wszystkich.
Moi rodzice już z miesiąc temu wpadli na całkiem niezły pomysł: dali mi wszystkie księgi Remusa z poprzednich lat nauki i kazali je przeczytać. Czułam się jakbym odrabiała jakąś horrendalną-giga-pracę-domową. Mimo wszystko, świat czarów jest bardzo ciekawy, czego dowiedziałam się w większości z tych podręczników. Mało zapamiętałam, ale rodzice udzielają mi codziennie lekcji: tata z historii magii, eliksirów, zielarstwa i wiedzy o magicznych zwierzętach, a mama zaklęć (używam jej różdżki), transmutacji i obrony przed czarną magią. Nauczyłam się już kilku przydatnych rzeczy, chociaż wciąż dostaję ciarek z podniecenia, kiedy przychodzi do czarowania. Tak ot, po prostu, jakby to było najnormalniejsze na świecie. Zamiast łazić przez pół pokoju po książkę albo sweter, machnąć różdżką, to same przylewitują. Wielce pomocne, chociaż nie takie proste.
Kiedy rodzice są w pracy, nudzę się okropnie, ale znalazłam już sposób na nudę, mianowicie idę do biblioteki. Przeczytałam kilka niezłych ksiąg! Interesujące były takie lektury, jak ta traktująca o szlachetnych rodach czarodziejskich na przestrzeni wieków. Może nie była to wiedza, która miała wielki wpływ na moje życie, ale uświadomiła mi, jak w niektórych kręgach jest ważne pochodzenie. Część magicznego świata pielęgnowała swe korzenie i szlachectwo niczym rzadkie róże. Z książki wynikało, że arystokrackie środowisko było hermetyczne i generalnie wrogo nastawione do tych spoza ich grona. Na kilku magicznych, ruchomych ilustracjach przedstawiono drzewa genealogiczne najważniejszych rodów w świecie czarodziejów, tych najbardziej konserwatywnych i wiernych staroświeckim tradycjom i poglądom. Osoby na nich sprawiały wrażenie odpychających, nieprzyjemnych, ale może to moje uprzedzenie mi tak podpowiadało. Zdjęcie każdego arystokraty okraszono podpisem, a że księga była, rzecz jasna, zaczarowana, drzewa same się aktualizowały. Na jednej z ruchomych ilustracji drzewa genealogicznego niejakich Blacków odkryłam kogoś zdumiewająco podobnego do tego chłopaka, który jakiś czas temu, razem z moim bratem i Jamesem, napastował mnie we własnej sypialni, wystawiając impertynencko z płomieni głowę. Po tym odkryciu poczułam się specyficznie: fajne ma Remus znajomości, nie pogadasz… Potomek skwaszonych i nadętych szlachciców nie wydawał mi się dobrym materiałem na kumpla dla kogokolwiek poza nim samym.
− Mary Ann! − usłyszałam pewnego jesiennego wieczoru głos ojca, gdy czytałam właśnie o wampirach.
− Co?!
− Zejdź na dół, mam ci coś do powiedzenia!
Zeszłam posłusznie, by po chwili usiąść przy stole w kuchni.
− Czy stało coś się złego? − zapytałam, zdziwiona, odsuwając sobie krzesło.
− Wręcz przeciwnie. – Tata uśmiechnął się pogodnie. − Rozmawiałem dzisiaj z Dumbledorem.
− No i? − zapytała mama, odrywając się od czynności kuchennych i nasłuchując z ciekawością.
− Powiedział, że gdyby to od niego zależało, chodziłabyś do Hogwartu już od ponad trzech lat – Podrapał się po zaroście i zebrał myśli. – Podobno wysłali ci mnóstwo listów z zaproszeniem do nauki, a twoi rodzice się przerazili. Z tego, co mi mówił wynikało, że zmieniali kilkunastokrotnie miejsce zamieszkania, by wreszcie ludzie z Ministerstwa dali wam spokój. Oczywiście, przed czarodziejami nie jest tak łatwo uciec, toteż zawsze kończyło się to spotkaniem ze specjalnym urzędnikiem, który pomaga dzieciom mugoli dostać się do Hogwartu. Brownowie się uparli, żeby Ministerstwo zostawiło was i już nie gnębiło. Pewnie się zwyczajnie bali. Jako że edukacja magiczna nie jest obowiązkowa, w końcu urzędnicy musieli odpuścić. Szczególnie, że nic nie wiedzieli o tym, że pochodzisz z rodziny magicznej, a nie mugolskiej. Nie chciało im się pewnie zmuszać na siłę, jak napotkali na taki opór.
− Wiem, nie dało się nie zauważyć, że się przeprowadzaliśmy… − rzekłam nieco kwaśno. – Rodzice zachowywali się wtedy bardzo dziwnie… Co jeszcze mówił dyrektor?
− Wymieniliśmy swoje opinie na temat tego niedociągnięcia. Obaj jesteśmy zdania, że byłoby dla ciebie wielką stratą, gdybyś została w domu. No więc Dumbledore zaproponował, że może zrobić wyjątek i cię przyjmie warunkowo do czwartej klasy w tym roku, a zaległości spróbujesz nadrobić.
− Co?! – jęknęłam piskliwie. − Mam chodzić do Hogwartu?! I ty myślisz, że potrafię nadrobić zaległości z TRZECH LAT NAUKI?!
− Myślałem, że się ucieszysz… − mruknął tata ze zmieszaniem, skubiąc zarost. – Cóż, jeśli nie chcesz, nie będziemy cię pchać. Ale okres nauki w Hogwarcie to siedem najszczęśliwszych lat każdego czarodzieja. Będziesz potem tego żałować. Zobaczysz.
− John, nie mów tak! – wtrąciła się mama, karcąc ojca. − Przecież ona by się nie wyrobiła!
− Uważasz ja za tępą? My mieliśmy W ze wszystkich owutemów, Remus to najinteligentniejszy i najlepszy uczeń w szkole. A ona będzie nieszczęśliwa całe życie!
− Kochanie, nie mierz innych swoją miarą. Nie twierdzę, że nasza córka jest tępa, ale trzeba być realistą, na Merlina! Tyle lat w jeden rok?! Nie wiem, czy ja dałabym radę…
Wyobraziłam sobie moment, gdy Remus przyjeżdża na wakacje, a potem znowu go nie ma przez cały rok. On jest szczęśliwy, ma swoich narwanych kumpli, spędza szczęśliwie lata, a ja? Jaką miałabym pracę po edukacji domowej? Nie wspominając o znajomych… Smutna perspektywa.
Tyle już zrobiłam, pomyślałam. Przeczytałam ciężarówkę książek o magii, codziennie się uczę i spędzam większość swojego życia w bibliotece, na nauce. Moje myśli oscylują obecnie wyłącznie wokół poznawania i uczenia się o nowej rzeczywistości. Owszem, z początku może być ciężko, ale potem jakoś będzie. Musiałabym się po prostu nastawić na ciężką i mozolną pracę. Wszyscy tak niezwykle sławią ten Hogwart, może rzeczywiście jest to super szkoła i nie warto się zastanawiać?
− …w Beauxbatons mogliby ją przyjąć, tam jest wyższa stopa wiekowa! − usłyszałam głos mamy, gdy już wyrwałam się z zadumy.
Tata skrzywił się i żachnął:
− W Beauxbatons? Pod egidą Maxime? To już lepiej ją wykształcić samemu! Ta ich dyrektorka jest podobno takich rozmiarów… Sama wiesz przecież, Reo, że może być z pewnych przyczyn agresywna… Mary Ann, może wypowiedz się sama, gdzie wolisz się uczyć?
Zaległa cisza, a tata wpatrywała się we mnie zachęcająco.
− Ja chcę tam, gdzie Remus – stwierdziłam cicho, nie namyślając się więcej. Raz się żyje.
Tata rozpromienił się i wyraźnie odetchnął z ulgą.
− No widzisz, Reo? Mądre dziecko! I na pewno sobie poradzi!
− Ależ John!… − próbowała ze strachem oponować mama.
− Muszę jutro z tobą wybrać się na Pokątną. To dopiero miejsce, zobaczysz!
Tak więc kolejnego dnia tata wsypał trochę srebrzystego proszku w płomienie kuchennego kominka, a one zabarwiły się na zielono. Zerknął na mnie, oczekując jakichś ochów i achów, po czym rzekł:
− To jest…
− …sieć Fiuu, wiem. – Przypomniałam sobie, jak Remus rozmawiał ze mną przez sieć Fiuu.
− Dobra. Musisz wejść w płomienie i wypowiedzieć bardzo wyraźnie adres miejsca, do którego chcesz się udać. Przyciśnij łokcie do siebie, zamknij oczy i uważaj na to, którym rusztem masz wylecieć.
− Eee… co?
− Obserwuj mnie.
Ojciec wszedł w zieloną ścianę ognia i powiedział głośno: „Ulica Pokątna”, po czym zniknął.
Mama podeszła do mnie.
− Nie bój się, to nic strasznego. Musisz tylko wyraźnie wypowiedzieć adres!
Weszłam z trwogą w zielone płomienie. Na szczęście, nie były gorące.
− Ulica Pokątna! – wyartykułowałam z trudem.
To było najdziwniejsze uczucie, jakiego kiedykolwiek doznałam. Czułam się jak w jakiejś pralce pełnej popiołu. Wreszcie wyleciałam na zimną posadzkę, nie bez ulgi.
− No widzisz? Wszystko było dobrze!
To tata stał nade mną, cały w popiele, tak jak ja. Wstałam, otrzepałam się trochę i ruszyłam za tatą, zastanawiając, czy wszyscy czarodzieje chodzący po tej ulicy Pokątnej będą tacy brudni i okopceni.
Wyszliśmy z jakiegoś dziwacznego pubu na skwerek. Tam tata przytknął różdżkę po kolei do kilku cegieł, a one utworzyły w jakiś sposób wejście na najbardziej niezwykłą ulicę, jaką kiedykolwiek widziałam. Wstrzymałam oddech z wrażenia.
Roiło się tu od ludzi w różnych szatach, tiary poruszały się miarowo niczym kostropate morze obok wystaw, które, jedna po drugiej, przyciągały mój zaintrygowany wzrok. Czego tu nie było!
− Chodź, dziś rano wyciągnąłem już trochę pieniędzy z Gringotta, więc nie zobaczysz goblinów, ale następnym razem zabiorę cię ze sobą – obiecał tata.
− Tam jest chyba księgarnia… − rzekłam, a głos wciąż mi drżał z podniecenia i euforii.
Tata nieco się zmieszał, gdy to powiedziałam, po czym szepnął przepraszająco:
− Przykro mi, nie mamy za dużo pieniędzy, a książki są drogie… Remus ma komplet, będziecie skazani na dzielenie się nimi… Musimy kupić to, czym nie możesz się dzielić…
− Trudno. Jakoś damy radę! – Wyszczerzyłam zęby, chociaż po cichu liczyłam na wejście do księgarni i przejrzenie asortymentu w poszukiwaniu ciekawych pozycji, których nie było w naszej bibliotece. – A więc, kiedy macie zamiar wysłać mnie do tego ucieleśnienia czarodziejskich snów?
− Dziś wieczorem. Dumbledore oznajmił mi, że już wszystko gotowe! Będzie ciężko, ale damy radę, nie?
Przełknęłam ślinę, czując dziwny skurcz w brzuchu. To pewnie stres przed nową szkołą. Nie dałam po sobie poznać, że tata nieco mnie zaskoczył tym, że mam tam lecieć dziś, nie chciałam go martwić.
Kupiliśmy kociołek, ingrediencje do eliksirów, kilka innych gadżetów, szaty, a na koniec poszliśmy do Ollivandera. Nareszcie własna różdżka, nie pożyczona!
Najpierw wytwórca zmierzył rozpiętość ramion i kilka innych odległości.
− Wreszcie do Hogwartu, co, panno Lupin? − zagadnął wesoło po tym, jak tata wytłumaczył cel wizyty. – Ale lepiej późno, niż wcale… Różdżka wybiera sama czarodzieja, miejmy nadzieję, że będziesz zadowolona ze swojej, bo różdżka jest wyjątkowo ważna. Oj tak.
Musiałam chwytać bardzo dużo różdżek, a pan Ollivander ciągle nie był usatysfakcjonowany.
Wreszcie jedna wywołała dziwne uczucie gorąca pod palcami. Z pewnością różdżka mamy tak nie umiała. Ogarnęła mnie czułość – ta różdżka cieszy się na mój widok! To w sumie miłe z jej strony.
− No! – wytwórca także się ucieszył. − To całkiem niezła, szlachetna różdżka. Piętnaście cali. Drzewo różane. Włos z ogona jednorożca. Znakomita do rzucania zaklęć obronnych. Proszę o nią dbać!
Ze wzrastającą czułością i euforią chwyciłam merdającą metaforycznym ogonkiem różdżkę i schowałam do podanego pudełeczka. Ojciec zapłacił za nią, a ja przyciskałam ukochany przedmiot do piersi i nie dałam sobie prędko wyperswadować, żeby schować ją do torby z pozostałymi zakupami.
Na koniec tata i ja udaliśmy się do zwykłego sklepu z ubraniami w Londynie. Musieliśmy wcześniej zamienić część kasy na funty. Mimo spędzenia w mugolskim świecie dziesięciu bitych lat, a w tym czarodziejskim zaledwie kilku tygodni, poczułam się nieco obco wśród samochodów i wieżowców.
W jednym ze sklepów wybrałam trochę ciuchów. Od niedawna modny był styl hippisów, ale mnie się specjalnie nie podobał, wolałam raczej rock. Tata trochę kwękał, że nie chcę żadnej spódnicy, co według niego było co najmniej dziwne.
Potem taka sama sytuacja zdarzyła się w obuwniczym.
− Powinnaś nosić buty na obcasach, jak każda szanująca się czarodziejka!
− Tatku − zaczęłam z cierpliwością. – Widziałeś buty do szkolnej szaty? To mi wystarcza! Daj mi chociaż nieco luzu w tych chwilach, w których nie będę jej nosić…
Pomimo skwaszonej miny ojca ominęłam półkę z obcasami, później półkę z modnymi koturnami, by wreszcie zdecydować się jedynie na wygodne baletki, jakieś tenisówki i rockowe buty z cholewkami.
− Jestem padnięty! − Tata opadł na krzesło w kuchni po położeniu na dębowym stole całych zakupów. − Twoja córka nie lubi spódnic, nie chce obcasów. Co z niej za dziewczyna?
Mama wytrzeszczyła oczy.
− To nie tak, preferuję dzwony – burknęłam, mierząc ich niechętnie. – Nie chcę wyglądać jak Sandra…
− Mary Ann, musisz wziąć to wszystko na górę, do pokoju. – Mama najwyraźniej nie miała potrzeby doszukiwać się informacji, kto to była Sandra. − Tam stoi kufer, zapakuj to wszystko ładnie i zejdź na obiad. Po obiedzie polecisz do nowej szkoły…
Poszłam do mojej sypialni i pootwierałam wszystkie paczki po kolei. To było śmieszne uczucie, jakbym dostała mnóstwo prezentów z jakiejś ważnej okazji. Każdego z przedmiotów i ubrań musiałam dotknąć, obejrzeć bardzo dokładnie, zanim położyłam w idealnym porządku w kufrze. Poleciałam z entuzjazmem do łazienki, prawie po drodze się zabijając na schodach, zabrałam szczoteczkę, szczotkę do włosów i mydło. Na koniec, z pewną nostalgią, na stercie mugolskich ciuchów złożyłam moje stare ubranie, z boku wetknęłam glany. To były żywe wspomnienia wydarzeń ostatnich kilku tygodni, ale też jedyne rzeczy, z wyjątkiem portfela, jakie ostały mi się po poprzednim życiu.
Wyjęłam szaty szkolne, położyłam na łóżku i zbiegłam na obiad. W jego trakcie śmialiśmy się i żartowaliśmy, rodzice trochę opowiadali mi o Hogwarcie, ale nie za dużo, by nie zepsuć niespodzianki. Nic nie wskazywało na to, by się martwili lub smucili rychłym pożegnaniem.
Po posiłku wpadłam znowu do sypialni, by schować piżamę i ubrać się w szkolny mundurek. Jego elementy miały szary kolor, były wykonane bardzo precyzyjnie, z dobrych materiałów.
Szata szkolna składała się z czarnej peleryny, tiary czarownicy, koszuli, bezrękawnika z wełny, krawatu, spódniczki, rajstop, czarnych butów na, niestety, lekkim obcasie, który skrzętnie pomógł mi prawie zwichnąć kostkę chwilę po tym, jak je założyłam. Siedziałam na skraju łóżka, rozmasowując sobie nogę i klnąc płynnie, a do pokoju weszła mama.
− Masz wszystko? – zapytała, jak z automatu.
− Tak, mamo! Te buty są idiotyczne, czuję się jak na szczudłach!
− Nie przesadzasz trochę? Nie daliby wam za wysokich obcasów, żebyście się wszystkie pozabijały. Te są dość niskie… Naprawdę masz z tym aż taki problem?
− Wiesz, mam zerowe doświadczenie, jeśli chodzi o nawet najniższy obcas – warknęłam. – Nigdy, przenigdy nie nosiłam butów na jakimkolwiek, nawet najbardziej bezpiecznym…
− Przyzwyczaisz się, ja noszę o wiele wyższe, niż ty teraz. Masz wszystko?
− Ten zwrot formułujesz już dziś dziesiąty raz. TAK, MAM WSZYSTKO!
− Ładnie to tak się złościć? – Mama z dezaprobatą wsparła dłonie na biodrach.
− Przepraszam… − mruknęłam pod nosem, pesząc się.
− Dobra, John!
Po chwili przyszedł tata, a mama rozpaliła w moim kominku.
− Rozmawiałem przed chwilą z Dumbledorem – odezwał się do mnie ojciec. − Oczekuje cię w swoim gabinecie, sieć Fiuu została podłączona.
Mama zaczęła płakać i objęła mnie. Po chwili się ogarnęła i już prawiła mi kazanie:
− Pamiętaj, nie włócz się nocą po szkole, nie zaczepiaj starszych, w szczególności Ślizgonów, nie baw się z Irytkiem, nie daj się wkręcić w żadne zatargi twojego brata, nie łaź za nim, gdy stanie się wilkołakiem, nie słuchaj Jamesa Pottera i Syriusza Blacka, nie podchodź do Wierzby Bijącej, nie wchodź do lasu, ubieraj się ciepło, nie jedz podejrzanych świństw, które podetkną ci Huncwoci…
− A kto to? – zdziwiłam się, skołowana przetwarzaniem informacji, które właśnie przewinęły się przez moją łepetynę.
− Tak, kochanie, najlepiej nie wychodź poza obręb swojego dormitorium! Reo, ona ma już czternaście lat! A ty do niej mówisz, jakby była niedorozwinięta! − westchnął tata.
− Właśnie, mamo, bez kazań, dobra?
− Kochanie, wyślij nam list przez sowę, Remus ci wszystko wytłumaczy. Trzymaj się go, ale bez przesady, bo z niego też jest niezłe ziółko! No, chodź do taty!
Ojciec uścisnął mnie mocno, a potem podał rączkę kufra i cisnął w płomienie trochę proszku Fiuu.
− Wejdź i powiedz: „Hogwart. Gabinet dyrektora!”.
Wstąpiłam po raz drugi tego dnia w zielone płomienie, ciągnąc za sobą kufer. Obróciłam się ku moim rodzicom i uśmiechnęłam nerwowo. Odwzajemnili, mama przez łzy.
− Hogwart. Gabinet dyrektora – wymówiłam z czymś, co było mieszanką niepokoju i uniesienia.
I ruszyłam z oczekiwaniem na nowe życie w kolejną niezwykłą podróż, obserwując jedynie zielone światło, oświetlające moje zamknięte powieki…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz