Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

piątek, 14 grudnia 2018

61. Hura. Bawimy się


– Nie mogę w to wszystko uwierzyć. Przyjdą tu?
Severus przygryzł wąskie wargi. Staliśmy wszyscy, co do jednego, w gabinecie Dumbledore’a. Co jakiś czas pomieszczenie oświetlał zielony blask od kominka, gdy kolejny uczeń znikał w płomieniach. Huncwoci, Lily, Alicja i Joanne skupili się razem pod jednym z bardzo wysokich, strzelistych, gotyckich okien i rozglądali się naokoło. Ich twarze wyrażały różne emocje, od gniewu po zaniepokojenie.
– Nie mam pojęcia. Raczej im się to nie uda. Zamek jest doskonale strzeżony i w żaden sposób nie wleźliby na jego teren. Nie rozumiem zatem, dlaczego dyrektor wysyła nas do domów.
– Może nie chce nas narażać? – szepnęłam. – Wiesz, bądź co bądź, to są ludzie Voldemorta. Nie wydaje mi się, żeby było to coś godnego zlekceważenia, Severusie.
– Masz rację. Z Czarnym Panem nie wolno igrać – mruknął, patrząc czujnie na boki.
Huncwoci z dziewczynami podeszli do kominka, gdy przyszła ich kolej.
– Meg! – rzucił do mnie Remus. – Teraz my!
– Pa, Severusie! Miłych Świąt, jeżeli mogę się tak wyrazić. Lepiej idź i ukryj się dobrze w dormitorium, jak kazał Dumbledore!
Przytuliłam go, nieco skrępowana.
– Dziękuję, że przyszedłeś ze mną aż tu – szepnęłam cicho.
– Chciałem się z tobą pożegnać – wyjaśnił kulawo. – Wesołych Świąt. I przeżyj jakoś… sama wiesz co. Moje najszczersze kondolencje.
– Meg! – usłyszałam ostrzegawczy krzyk Jamesa. Odkleiłam się od Severusa i ruszyłam ku kominkowi.
Nie było już Joanne. Dziewczyny przytuliły mnie na pożegnanie i wskoczyły do paleniska. Lily posłała mi dodające otuchy, nieco zatroskane spojrzenie i zniknęła w zielonym ogniu. Potem to samo uczynił Peter.
– No, teraz wy, Luniaku – zadecydował James. – My z Łapą na końcu. Nie wejdziemy przed niewiasty!
– Ha ha – rzekł poważnie Remus. – Ja zostaję, James. Przecież muszę dopilnować bezpieczeństwa.
– No tak, zapomniałem o twej chlubnej roli rycerza na koniu – parsknął James. – Pa, Meggie!
Rogacz stłamsił mnie w czułym uścisku i puścił mi oko. Black nie przytulił mnie, lecz jedynie zerknął wymownie w moją stronę. Jego oczy zabłyszczały chytrze.
– Do rychłego zobaczenia za trzy dni, Mary Ann – wypalił w końcu z miażdżącym spokojem.
Nie odparłam, tylko wskoczyłam do kominka, uważając na suknię. Przełknęłam ślinę, słysząc jego ciężkie słowa w mojej głowie. Już nie wrócę do Hogwartu jako wolna osoba.
– Epping Forest, Dwór Lupinów!
Mdłości, wywołane słowami Blacka, pogłębiła podróż przez ruszty cudzych kominków. Wkrótce wypadłam na dywan w znienawidzonym, złotym salonie.
Otrzepałam ostrożnie uświnioną sukienkę i odgarnęłam loki, które wymsknęły się spod koka po dzikiej podróży w popiele.
– ŁEKHE ŁEKHE! Co to ma znaczyć?!
Podskoczyłam o dobrych parę cali do góry i obróciłam zszokowaną głowę za siebie.
Na sofie obitej starym, wysłużonym, połyskliwym materiałem koloru żółtego siedziała kobieta, na oko po pięćdziesiątce. Była ubrana w staromodną srebrną szatę z aksamitu, opiętą na jej potężnym cielsku. Miała na głowie porządny kok jasnych, nieco siwawych włosów. A piła herbatę, którą obecnie krztusiła się hałaśliwie, bijąc pięścią wielkości własnej głowy w potężną pierś. Jej olbrzymie ciało zajmowało trzy czwarte sofy, a więc tyle, co trójka normalnych ludzi. Twarz była brzydka, pomarszczona i rozlazła, usta pomalowała krwistoczerwoną szminką.
– Eee… – bąknęłam. Przez moment przyszła mi do głowy straszliwa myśl. Czyżby tata znalazł sobie kogoś na miejsce mamy?! Niemożliwe, załączywszy do tego wygląd rzekomej wybranki…
– Czego się tak gapisz?! Umiesz mówić w ogóle? – zaskrzeczała niskim, ochrypłym głosem, marszcząc twarz z pogardą. – I co robisz w moim salonie? Proszę się natychmiast wynieść! Przez ciebie krztuszę się herbatą! WYNOCHA!
– Przepraszam, ale to jest MÓJ salon! – zawołałam z oburzeniem. – Co za impertynencja!
– Twój, złotko? A jakim prawem, jeżeli można wiedzieć? Mój stryj od strony ojca zawsze powtarzał: dowiaduj się, co twój oponent mo…
– Mary Ann!
To tata wszedł do pokoju i od kilku sekund przyglądał nam się, nie kryjąc zdumienia. Rozlazła pani na sofie uniosła się z wolna, otwierając usta w zdziwieniu.
– A więc TO jest ta twoja córka, siostrzeńcze? – zachrypiała nisko.
– Sios… siostrzeńcze?! – wyrzuciłam z siebie.
– Tak, to jest właśnie Mary Ann, ciotuniu… – wyjaśnił ojciec sztywno.
Usłyszałam za sobą charakterystyczny odgłos i szybko odskoczyłam. Chwilę potem na podłogę wyleciał Remus, krztusząc się popiołem. Wstał, otrzepując się gorliwie.
– A to jest Remus.
Mój brat zamarł w połowie otrzepywania prawego uda i potoczył dzikim wzrokiem po otoczeniu.
– Ten wilkołak? – Nieznajoma zmierzyła go bardzo taksującym spojrzeniem. – Jaki wymizerowany… Może ma gorączkę! Nie garb się, chłopcze! Jesteś zupełnie jak twój ojciec, młodzieńcze! Mój dziad od strony matki tak się garbił, że pod koniec życia łaził z głową między kolanami, biedak. Dobrze, że szybko zszedł na okresowy zanik wątroby. Wiesz, John, jak moja stryjeczna babka.
Remus przybrał minę, jakby sam dostał okresowego zaniku wątroby, po czym wybełkotał coś w stylu „Bdlmwplmd…”.
Ojciec zaśmiał się nerwowo, zacierając ze zdenerwowania ręce.
– Kim pani jest? – Wciąż patrzyłam na nią z niekłamanym zdumieniem.
– Och, dziecko, jestem ciotką waszego ojca. Ciotunią Mathildą!
– Ciotunią Mat… – wymamrotałam. Przenigdy wcześniej nie słyszałam o ciotuni Mathildzie.
– Tak, kochanieńka. I przyjechałam się zająć tym biednym, schorowanym młodzieńcem…
Podeszła do ojca i poklepała go łapą po policzku z taką siłą, że prawie legł na podłodze. Remus odetchnął dyskretnie z ulgą. Pewnie przez moment pomyślał, że chodzi o niego.
– … oraz tobą, droga panno! Ślubny kobierzec – tu potrzeba kobiecej pieczy nad tym wszystkim!
Remus posłał mi nieco współczujące spojrzenie.
– Ja przejmuję ten dom po śmierci kochanej Rei! Zaopiekuję się wami wszystkimi! – zaskrzeczała.
Ja i Remus popatrzyliśmy na siebie wymownie za plecami ciotki Mathildy, która właśnie capnęła nieszczęsnego ojca pazurami za twarz, miażdżąc ją i skrzecząc, że jest za chudy i mizerny.
– John, już ja cię dokarmię! Nie będzie tak! Nie skończysz, jak mój stryjeczny bratanek, oczywiście ze strony matki, nie ten od ojca, ze skurczonym żołądkiem i w piachu. Młoda damo!
Podskoczyłam.
– Znasz zasady?
– Eee… Co? – bąknęłam tępo.
– Mary Ann! – syknął ojciec zza jej potężnych barów tak, by nie słyszała. – Mów „Słucham”!
– Tak myślałam – wychrypiała kwaśno. – John, nie kształciłeś jej pod kątem zaręczyn? Jak mogłeś popełnić tak poważne niedociągnięcie?! Nigdy nie zapomnę ślubu mojej koleżanki z Hogwartu. Jej mąż był niedouczony i popełnił straszliwy błąd, gdyż podczas nocy poślubnej zamiast…
– Ciotuniu Thildo! Może następnej herbatki? – uciął szybko ojciec, czując niebezpieczeństwo.
– Dobrze, John. Ja przyniosę. I postarajcie się o dobrego skrzata domowego, jak ta panna wyjdzie za młodego panicza Blacka, synu!
I wyszła. Ojciec otarł spocone czoło, po czym z cichym jękiem opadł na sofę. Patrzyłam na jego trzydziestosiedmioletnią twarz. Przez kilka tygodni od śmierci mamy jego czarne jak smoła włosy pobielały prawie w połowie. Siwy miał też niedbały zarost, którego wcześniej u niego nie widziałam. Nabawił się zmarszczek, a na czubku głowy powstała mała łysinka.
– Tylko spokojnie… Dzieci, czemu nie ma was na balu w szkole? – spytał markotnie.
– Bo śmierciożercy zaatakowali Hogwart, tato… – odparł Remus cicho i zdjął pelerynę od wiekowej szaty.
– Co?! – przeraził się nie na żarty ojciec, po czym wstał i zaczął krążyć ze zdenerwowania po salonie. Ja i Remus obserwowaliśmy w milczeniu jego nerwowe kroki.
– Nic się nie stało. I tak by się nie dostali – pocieszyłam go. – Dumbledore po prostu uznał, że nie będzie nas w to mieszał, dla naszego bezpieczeństwa. A po rzeczy polecimy jutro.
Tata popatrzył na nas nieco dzikim, spłoszonym spojrzeniem szaleńczych oczu. Tego również nie posiadał przed śmiercią mamy.
– Sam nie wiem, co o tym sądzić… Mary Ann, a skąd ty wytrzasnęłaś suknię?!
– Pani Black mi przysłała, jej syn ją poprosił… – wytłumaczyłam niechętnie.
– Tak za darmo? Doskonale. Widzisz? Tylko bez żadnych chwytów poniżej pasa względem Blacków od tej chwili. – Popatrzył na mnie ostrzegawczo i pogroził palcem. Spuściłam wzrok na upaprane popiołem buciki. – Zresztą, o niczym innym nie myślę od jakiegoś czasu, jak o tym twoim ślubie. Uszanuj to. Mama by się cieszyła.
– Tato – zagadnął cicho Remus. – Jak mama zginęła? Wiadomo coś?
Ojciec przełknął głośno ślinę, po czym mruknął cicho, nieco złowieszczo:
– Podobno, jak wynika z analizy Biura Aurorów, śledzili ją. Prawdopodobnie zakradli się do niej w stosownym momencie, a wtedy…
– HERBATA! – zagrzmiała ciotunia Mathilda. Wszyscy podskoczyli przynajmniej dziesięć cali do góry. – Słodzisz, John? Ja nie, to takie tuczące! Ale chyba odrobinka cukru nie zaszkodzi…
I wszyscy wlepili zmęczone spojrzenia w ciotkę Thildę, wsypującą do swojej herbaty pięć lub siedem czubatych łyżek cukru ze staromodnej cukierniczki.

***

Śnieg nie prószył. Nawet w Wigilię Bożego Narodzenia.
Za oknami roztaczał się ponury, szary las bezlistnych drzew otoczonych gęstą, angielską mgłą. Siny świat przypominał bolesny siniak. Ja siedziałam skrzyżnie na aksamitnej, zielonej narzucie na łóżku, zaczytana w cienką, bogato oprawioną książkę zatytułowaną „Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi. Tradycja, zasady, postępowanie”.
Westchnęłam z rezygnacją. Co za lektura. Godna samych Blacków…
Odrzuciłam z frustracją arcyciekawy zbiór niezwykle fundamentalnych, niezbędnych zasad dotyczących wielkości i zakrzywienia obcasów panny młodej i wstałam, opierając się na kolumience z kości słoniowej. Pod palcami wyczułam wyrzeźbione na niej kunsztownie róże.
Co ja tu robię?! Powinnam uczyć się do owutemów w szkole. Bez Voldemorta, z pierścionkiem zaręczynowym od Rabastana na palcu. Podjąć po szkole wymarzoną karierę. Poślubić, kogo tylko zapragnę…
Tępo zapatrzyłam się w skórzaną książkę z wygrawerowanym, złotym napisem. „Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi.”. Przypomniała mi się moja rozmowa z Severusem, jaką prowadziłam z nim na początku tamtego roku.
– TCŚCK? Tradycyjne Czarodziejskie Śluby Czystej Krwi…
– Brzmi makabrycznie…
– Bo takie jest.
– Co to jest? Te śluby?
– Jak sama nazwa wskazuje: ślub.
– Ślub?!
– Taa…”
Czy wtedy mogłabym przypuszczać, że to będzie dotyczyć mnie? Nie sądzę. Czy mogłabym przypuszczać, że przepowiednia Trelawney będzie miała ziarnko prawdy? Może, ale na pewno nie w taki sposób. Były momenty, gdy wydawała mi się całkiem bliska prawdy. Ale to było kiedyś. Jednak nigdy bym nie pomyślała, że tak się to wszystko skończy.
Czy mogłabym podejrzewać, że ten niewiarygodnie przystojny, czarnowłosy czternastolatek, który pojawił się w kominku trzy lata temu, będzie w dorosłym życiu moim mężem? Może przewinęła się taka krótkotrwała myśl (w końcu Black był nieprzeciętnie urokliwy), ale nie, że to stanie się w ten sposób. Nie tak.
Czy naprawdę kocham Rabastana, skoro o tym rozmyślam i tak łatwo się poddałam?
Otrząsnęłam się z tego natychmiast i mój wzrok padł na platynowego kotka, który od prawie roku zbierał kurz w kąciku biurka, samotnie porzucony. Od tego okropnego dnia, w którym całe moje życie legło w gruzach, nieustannie i bezczelnie mruczał.
Nie. Ja go kocham. Gdyby tak nie było, nie myślałabym o nim. Zależy mi na nim, naprawdę. Prawda?
Łza bezsilności spłynęła po piegowatym, bladym policzku.
– Moja panno, ogarnij się! Musimy upiec indyka! Czemu jesteś jeszcze w piżamie?! Jest już trzecia godzina!
Cielsko ciotuni Thildy wtoczyło się bezceremonialnie do mojego pokoju.
– Co to za bałagan?! Posprzątaj z biurka te rolki pergaminu, młoda damo!
– Uczę się do owutemów! – burknęłam, buńczucznie zaplatając ręce na piersi.
– Cuda na kiju, owutemy, ha! – huknęła ciotka i zmierzyła mnie pogardliwie, zabierają naręcze brudnej bielizny. – Nic nimi nie osiągniesz w życiu, kochaneczko! Tylko małżeństwo z tym młodym Blackiem da ci perspektywy, o jakich nie marzyłaś!
Dostałam niekontrolowanego szczękościsku. Głos ciotki, jej upierdliwe chrypanie, wygłaszanie przemądrzałym tonem kazań opartych na faktach, doprowadzało mnie właśnie do takiego stanu.
– Moja kuzynka od strony ojczulka wydała się bardzo bogato, za jednego z Crouchów! Do końca życia leżała do góry brzuchem i nic nie musiała robić!
– Do góry brzuchem całe życie. Cóż za niezwykła przygoda – zadrwiłam.
– Śmiej się śmiej, głupiutkie cielę – rzuciła i pokręciła głową z politowaniem. – Docenisz fortunę Blacków, już niedługo… Ja też mogłam się bogato wydać…
Z godnością zakołysała obszernym siedzeniem, arogancko wypinając je jeszcze bardziej.
– Ale byłam tak rozchwytywana, że postanowiłam zachować mą urodę jedynie dla siebie… Przeczytaj książkę do końca, ubierz się porządnie i pójdziesz mi pomóc. Przed wieczerzą musimy jeszcze wysprzątać dom, upiec potrawy i przygotować zaręczyny! Mało czasu! A, twoja suknia przybędzie wkrótce. Przynajmniej powinna.
Po czym spróbowała wyjść, co zaowocowało tym, że wkrótce przepychała się przez wąskie drzwi bokiem, zagarniając olbrzymi brzuch i biust paluchami, by nie zawadzały o futrynę.
Parsknęłam mściwie, po czym podeszłam do szafy z kości słoniowej, ignorując przykazanie o książce. Tylko spokojnie…
Zarzuciłam na siebie swetrzysko po kolana, koloru burego, i szare dżinsy. Westchnęłam cierpiętniczo i powlokłam się na dół. Nawet perspektywa jutrzejszych odwiedzin Blacków w wiadomo jakim celu wydawała mi się spokojniejsza, niż przebywanie z ciotką w jednym pomieszczeniu. To będzie rzeź niewiniątek…
Wkroczyłam z entuzjazmem godnym nieboszczyka do reprezentatywnego, gościnnego salonu w lawendowo-błękitnych barwach, który był największy z trzech naszych salonów. Tam zawsze odbywały się wszystkie uroczystości.
Remus stał na środku, zaciskając cierpliwie oczy. Obok kotłowała się ciotka Mathilda.
– Remusie! Spokojnie, synu! Bo nabawisz się kalectwa! Mój stryj zawsze powtarzał: z choinką nie ma żartów, kawalerze!
– Do ciotuni mówił per kawalerze? – zapytał przekornie Remus, nie wytrzymując już jej gdakania.
Choinka, którą lewitował przy pomocy różdżki, opadła perfekcyjnie przy jednym z rzędu kilku okien.
– Doskonale, mój młody panie! Ale czy nie dałoby się przestawić jej z pół cala w lewo?
– Przecież tam stała przez ostatnie dwie minuty, dopóki ciotunia nie zarządziła inaczej – rzekł, nie kryjąc znużenia.
– Nie, tam nie stała! Tylko dwa cale do przodu, tam ją postawiłeś! I nie mądruj się przed mądrzejszymi! Kiedyś moja matka…
– Która? Od strony matki czy ojca? – mruknął Remus do siebie.
– Co mówisz? Tak bełkoczesz! Ta dzisiejsza młodzież nic w gębie nie ma… Powinni ich uczyć retoryki i charyzmy! Zawsze powtarzam: młod… – zaskrzeczała ochryple, ale w końcu zauważyła moje przyjście, więc całą siłę rażenia skierowała na mnie. – Mary Ann! Twój brat dekoruje dom! Tobie przykazuję zajęcie się jedzeniem! Idź do kuchni! Przypilnuj puddingu! Bo spali się! Co to za pomysł, zaręczyny w Święta… Jakby i bez tego było mało roboty… Idź!
– Yes, sir! – Zasalutowałam, nie mogąc się oprzeć.
Kobieta popatrzyła na mnie niechętnie.
– Tak mi się odpłacasz? A ja ci za matkę robię, dziecko! Za knut wdzięczności…
– Wyrazy uznania, ciotuniu. Przepraszam, jeśli uraziłam dumę ciotuni w ten niegodny sposób. – Ukłoniłam się nisko, niczym Black, obróciłam teatralnie na pięcie i wypadłam z salonu, by zejść do kuchni. Ucieszyłam się w duchu, że to nie na mnie spadło brzemię towarzystwa ciotki Mathildy.
W całej kuchni pachniało pieczonym indykiem. Na stole ciotka rozsypała mąkę, obok leżała gula ciasta do ciasteczek nugatowych. Westchnęłam i zabrałam się za wałkowanie ciasta. Rozkoszowałam się ciszą, samotnością, zapachem jedzenia, możliwością wykonania jakiejś ręcznej pracy, na której mogłam się skoncentrować. Od myślenia o Blacku od kilku dni rozbolał mnie już brzuch. Co będzie jutro? Przełknęłam ślinę przez mocno zaciśnięte gardło.
– Nie! Nie tak! Mary Ann, upaćkasz się! Nie możesz różdżką? Jesteś przecież pełnoletnia od prawie roku, czyż nie? Nie zachowuj się jak jakiś niedorozwinięty mugol!
Ciotunia, ku mej wątpliwej uciesze, wtoczyła się do kuchni.
– Wolę pracować ręcznie, ciotuniu Thildo – odparłam cierpliwie. – To przyjemniejsze.
– Nie ma czasu na przyjemności, próżna i leniwa dziewczyno! – zachrobotała nisko. – Zaraz musimy udekorować tamten salon! OCH! Co to?!
Do kuchni wleciała sowa z dużą, tekturową paczką.
– Twoja suknia do zaręczyn! – wrzasnęła, a mnie zadzwoniło niebezpiecznie w głowie. – Leć i ją przymierz! Musimy się przekonać, czy spełnia standardy i czy pasuje…
– Ciotunia przecież trzy razy podkreśliła piórem w liście do madame Malkin, że to ma być suknia zaręczynowa zgodna z zasadami TCŚCK, a do tego przeglądała tamten katalog…
– Nie mądruj się, moja panno! Trzeba na zimne dmuchać! Na górę! O, John!
Tata wszedł do kuchni z nieco nieprzytomną miną, która zaraz wyparowała, gdy zdał sobie sprawę, że napatoczył się na ciotunię. Podskoczył nerwowo.
– Ja… zaraz… właśnie sobie przypomniałem, że…
Wykonał podświadomy manewr do tyłu, pokazując głupawo na hall, z którego przyszedł.
– John, właśnie miałam cię szukać… Wyczyść toalety! Ja nie pomieszczę się w tych malutkich kabinach, siostrzeńcze! Dla kogo je zbudowano?! Chyba dla goblinów i skrzatów, idioci! Mary Ann Reo! Twa kreacja! Upewnij się, że jest czerwona, to podstawa!
Tata zakrył rękoma twarz za jej plecami, a ciotunia Mathilda wręczyła mi niespodziewanie z potężnym rozpędem wielkie pudło od madame Malkin. Zrobiła to tak gwałtownie, że zabrakło mi tchu i ległam w oszołomieniu na podłodze krztusząc się śliną, znokautowana przez własną sukienkę na zaręczyny.
– Podstawa… Bez tego świat zginie… – burknęłam, przełykając łzy.
Ojciec pomógł mi wstać, a ja poleciałam do własnego pokoju, niosąc duży pakunek podobny do tego, w którym otrzymałam suknię na bal. Rzuciłam wszystko na łoże i rozpakowałam roztrzęsionymi rękoma. Odetchnęłam z ulgą. Suknia była czerwona. W przeciwnym razie Ministerstwo Magii i ulica Pokątna kolejnego dnia ległyby w gruzach po wizycie rozwścieczonej ciotuni.
Z zaintrygowaniem wyjęłam ją z paczki i włożyłam. Była bardzo ładna, chociaż krwista czerwień nigdy mi nie odpowiadała. Lecz przecież nie będę się sprzeciwiać świętym zasadom.
Jej spodnia część była z czerwonego, jaskrawego aksamitu. Bardzo smukła, bez ramiączek, sztywno opinała cale ciało z wyjątkiem łydek, gdzie rozkloszowała się, sięgając samej ziemi. Drugą suknię zarzucało się na pierwszą. Była to delikatna, iskrząca się jak diamenty koronkowa siatka wykonana z krwistej czerwieni, imitująca pajęczą sieć. Bardzo mi się spodobała. Miała długie, ciasne rękawy kończące się w połowie dłoni, wysoki kołnierz opatulający szyję, a sięgała w większej części kolan, choć gdzieniegdzie nieregularnie dochodziła do kostek u nóg.
Przejrzałam się parę razy w lustrze stwierdzając, że jest w porządku. Z ulgą zdjęłam ją i powiesiłam obok białej sukni balowej w szafie, po czym opadłam na łoże i otworzyłam książkę na rozdziale „Wygląd czarownicy podczas uroczystych zaręczyn”.

„ … Suknia winna być czerwona niczym krew lub wino. Czerwień symbolizuje miłość i nowe życie, którym niewiasta po ślubie męża obdarzy. Wzornictwo winno być oparte o jakiś czarodziejski motyw – przynależność do czarodziejów czystej krwi. DOPUSZCZA SIĘ kolor biały sukni – niewinność i czystość – lecz wskazane jest, by włożyć czerwień. Włosy niewiasta winna rozpuścić, co symbolizuje witalność i brak jakichkolwiek oporów, by wyjść za mężczyznę. Niewskazany…”.

Przerwałam i zmarszczyłam brwi. To wszystko, co dzieje się naokoło, jest takie sztuczne. „Czerwień symbolizuje miłość…”. Miłość? O jakiej miłości tu mowa?
Nastrój pospiesznych, ekscytujących przygotowań wcale mi się nie udzielił. Chociaż udało nam się do wieczora ze wszystkimi dekoracjami i daniami, ciotka wychodziła z siebie i wprowadzała bardzo nerwową atmosferę.
Kolację świąteczną zjedliśmy w jednej z dwóch odświętnych jadalni, w bardzo napięty sposób. Tata siedział na szczycie długiego, ciężkiego stołu, na jego przeciwległym końcu rozkokosiła się ciotunia Mathilda (na trzech krzesłach naraz). Ja i Remus zasiedliśmy gdzieś na środku, obok siebie. Panowało umowne milczenie, przynajmniej ze strony stałych mieszkańców Dworu Lupinów. Bo ciotka nadawała nawet wtedy, gdy jej obszerną paszczę zajął w znacznej części mięsny pudding, przez co opryskiwała nim stół. Zanudzała nas rodzinnymi, mało interesującymi opowieściami, z której każda posiadał jakiś górnolotny morał. 
Ja dłubałam widelcem w mięsie indyka, czując się fatalnie. Nie dość, że brzuch rozbolał mnie od samego widoku zupy z ostryg (jak zwykle, chociaż tym razem zabrakło osoby, która wmuszałaby mi to danie), to jeszcze z całą mocą czułam na sobie jutrzejszą uroczystość. Jutro o tej samej godzinie będę już zaręczona, po raz drugi w życiu.
Prostując się jak mogłam najbardziej (nie chcąc narazić się na kazanie na temat garbienia przy stole), włożyłam do ust kawałek indyka nadziany na widelec, w najbardziej beznamiętny i opanowany sposób, na jaki mnie było stać. Przeżułam gorliwie. Po prostu, ciotka lubiła narzekać, jeżeli ktoś za szybko i niedostatecznie dystyngowanie jadł. Utrzymywała, że jej kuzyn drugiego stopnia od strony ojczulka zakrztusił się kisielem i umarł.
Wlepiając oczy w talerz i słuchając mimochodem paplaniny ciotuni Thildy na temat rur w łazienkach, zastanawiałam się nad zaręczynami. Czy można być zaręczonym z dwoma chłopakami naraz? Jakiś złośliwy głosik w mojej głowie mruknął, że moje zaręczyny z Rabastanem są już przeszłością i się nie liczą. Wiedziałam o tym od dawna, ale nie zdawałam sobie z tego w pełni sprawy. Wciąż nosiłam piękny, zaręczynowy pierścionek z czarnym kamieniem w kształcie półksiężyca. Dlaczego? Chyba po to, by pamiętać.
Popatrzyłam nieprzytomnie na ojca. Wlepiał wzrok w ciotkę, ale jego oczy nie widziały jej. Talerz wciąż pozostawał nietknięty. Wiedziałam, o kim myślał. O pewnej drogiej mu osobie, której los nie pozwolił zasiąść dziś z nami do świątecznej kolacji.
Gdyby mama żyła, te święta nie byłyby takie sztuczne. Wszystko zrobiłaby z miłością i radością, że widzi dzieci w domu. Panowałby ciepły nastrój, dom pachniałby piernikami, jak zawsze…
Wiedziałam, że ciotunia Thilda bardzo starała się zastąpić nam matkę i gospodynię. Lecz jej staropanieńska postawa, sposób bycia i zachowanie kłóciły się ze wspomnieniem kochanej przez męża i dzieci mamy. Nigdy nie potrafiłaby nam jej zastąpić. Nikt by nie potrafił.
Jedna łza skapnęła na zimne już mięso indyka. Zasłoniłam twarz lokami, by nie zdradzić się przed ciotką i ojcem. Remus zauważył łzę i schwycił dyskretnie moją dłoń pod stołem. Ścisnęłam ją.
– Młoda damo! Co z twoją ogładą? Nie wkładaj włosów do talerza, to takie nieestetyczne! I nie waż mi się tak zachowywać jutro!
Nie słuchałam jej zbyt uważnie. Wciąż przeżuwałam na nowo pytanie, które nurtowało mnie od października. Czemu zmarła? Dlaczego nie ma jej tu, wśród nas? Święta powinny być radosne, spędzone z rodziną. A jej zabrakło. Takie Święta nie mają najmniejszego sensu.
Po niezbyt udanej, podejrzanie cichej kolacji świątecznej rzuciłam się na łoże, czując ból brzucha. Nie miało to nic wspólnego z kolacją ani kobiecymi sprawami. W gardle wyczułam nieprzyjemną gulę, ściskającą za nie coraz mocniej. Jutrzejszy dzień wydał mi się nagle przerażający, jakby mieli mnie posłać na szubienicę.
Całą noc nie potrafiłam zmrużyć oka, czując paraliżujący ból głowy i brzucha. Stres i trema, pomieszane z poczuciem klęski i nieprzyjemnym obrzydzeniem do Blacka, nie dały mi spać.
Ocknęłam się po płytkim, ciężkim, krótkotrwałym śnie, czując pulsujące zmęczenie. Usiadłam na łożu, obserwując swój starodawny pokój. Oświetlał go bardzo słaby szary blask zza okna wychodzącego na nieprzyjemny, bezlistny las.
Westchnęłam i podeszłam do prezentów chwiejnym krokiem. Nawet mały stosik podarków nie poprawił mi wisielczego nastroju.
Gdy odpakowałam już prezenty od Lily, Jamesa, Remusa, taty i ciotuni, trafiłam na trzy kartki świąteczne: od Severusa, Petera i Rabastana.
Usiadłam z rezygnacją, przyglądając się bardzo krótkiemu liścikowi od Rabastana. Dlaczego przysłał mi tylko jakąś kartkę? Przecież nie był biedny. Mógłby wysłać chociaż bukiet, coś słodkiego. Żaden wielki prezent. Jakiś drobiazg, który zwykle kobiety dostają od zakochanych w nich panów.
Trzymana kartka wydała mi się nagle obca i chłodna, nie jak kartka od ukochanego. Zmięłam świstek w dłoni, czując gniew, rezygnację i rozczarowanie. A więc tak kończy się uczucie. Brakiem zainteresowania.
Nie zeszłam na śniadanie. Usiadłam skrzyżnie na łóżku, przybierając obojętny, chłodny, nieobecny wyraz twarzy. Zapatrzyłam się w przestrzeń, ignorując mruczącego Fąfla, ocierającego się o mój bolący brzuch. Czekałam biernie.
Przez kilka godzin nikt nie wchodził do mojej sypialni, a ja wciąż czekałam, czując smutek i napięcie, a także dziwaczny lęk. Wreszcie ciotka otworzyła drzwi na oścież i ryknęła:
– TO TY JESZCZE W PIŻAMIE?! BLACKOWIE PRZYBYWAJĄ LADA MOMENT, MŁODA DAMO! UBIERZ SIĘ NATYCHMIAST!
Podskoczyłam do góry na łóżku, a ciotka już gramoliła się ku mnie, z trudem przechodząc przez drzwi.
– OOO!!! – zapiała wysoko, zatrzymując się w połowie, bo z dołu usłyszałyśmy głos Remusa:
– JUŻ SĄ!
Przełknęłam głośno ślinę, co przyszło mi z trudem, i wydałam mimowolny jęk rozpaczy, czując się tak potwornie, jak jeszcze chyba nigdy. O nie…
– Nie mogę przejść! Utknęłam!!! MARY ANN, POMOCY!!! – zakwiczała ciotka.
Nie wiedząc z roztrzepania, co robię, gwałtownie zerwałam się z łoża, zahaczając nogą o zieloną narzutę. Zaliczyłam wywrotkę i ległam na ziemi, ryjąc twarzą po zielonym dywanie w róże, chociaż nogi wciąż spoczywały na łożu. To jest jak sen…
– MARY ANN!!!
Uniosłam się z wolna na rękach, zabierając nogi z łóżka. Czułam się jak w transie.
– Co mam zrobić? – szepnęłam w dezorientacji.
– PRZEPCHNIJ MNIE! – zaryczała.
Bolące, roztrzęsione mięśnie niewiele dały przy tuszy ciotki.
– REMUS!!! ŁAP ICH! – zawyła głupio w stronę otwartej klapy w podłodze korytarza. – I ZACHOWUJ SIĘ PRZYZWOICIE! TY SIĘ UBIERAJ!
Posłusznie doskoczyłam do szafy.
– ALBO NIE! POMÓŻ MI! ALBO NIE! UBIERAJ SIĘ SZYBKO!
Stanęłam na środku, nie wiedząc, co robić. Podleciałam do biurka po różdżkę i mruknęłam:
– Relashio.
Ciotka zaryczała, po czym siła zaklęcia przepchnęła ją na korytarz, gdzie legła na podłodze.
– JAK ŚMIAŁAŚ PODNIEŚĆ NA MNIE RÓŻDŻKĘ?! – wrzasnęła, gdy uniosłam ją z trudem na nogi. – UBIERZ SIĘ, NIEWDZIĘCZNICO!
– Przepraszam, na drugi raz poczekam, aż ciotunia wyrwie drzwi z futryną… – burknęłam do siebie słysząc, jak przeciska się przez klapę w podłodze i zbiega do biblioteki, wrzeszcząc: „Dzień dobry, państwo Black! Och, jakiż przystojny kawaler!”.
– Tja – mruknęłam do siebie, dziękując niebiosom, że nie utknęła w klapie (pewnie trzeba by było po niej skakać, by ją przepchnąć), i włożyłam w pośpiechu suknię, po czym wsunęłam nogi w czerwone pantofelki na średniej wysokości obcasie. Zgodnie z zasadami TCŚCK rozpuściłam długie do pasa, czarno-rude loki i zaczęłam wolno przeczesywać je grzebieniem. Nie śpieszyło mi się do własnej celi więziennej. By lepiej się czuć, spryskałam szyję ulubioną wodą różaną i wolno ruszyłam na dół, szorując czerwoną sukienką po podłodze.
Dom opustoszał. Pewnie siedzą w salonie, pomyślałam z goryczą. Z każdym krokiem brzuch i gardło zaciskały mi się boleśnie jeszcze bardziej, dodając do tego zmęczoną nieprzespaną nocą głowę. Z całą mocą zdałam sobie sprawę, że Blacków obskakuje na pewno ciotunia Thilda. O nie, ale nam narobi siary… Wstyd się pokazać! Już widzę Blacka i jego zmarszczone brewki.
Zza drzwi dało się słyszeć rozmowę. Przełknęłam ślinę, łapiąc się za brzuch i krzywiąc, po czym uchyliłam portal, zanim nie nabrała mnie ochota do zwiania.
Salon, który udekorowaliśmy pod kierunkiem zaręczyn, był środkowym w hierarchii reprezentatywności. W barwach czerwono-brązowych, ładniej wyglądał w krwistoczerwonych draperiach (zasada TCŚCK…), niż wyglądałyby pozostałe salony.
Meble ze środka salonu postawiliśmy pod ścianą, pozostawiając sporo miejsca.
– Mary Ann! Doskonale! – zakwiczała ciotunia Mathilda zacierając ręce, gdy tylko nieśmiało wsunęłam się do salonu. Remus i ojciec, ubrani odświętnie, popatrzyli na mnie ze wzruszeniem i radością. Ojciec dyskretnie otarł łzę.
Nerwowo i nieco nieprzytomnie potoczyłam spojrzeniem po pomieszczeniu. Blackowie stali niedaleko paleniska. Ojca Syriusza widziałam już kiedyś. Miał poprzetykane siwizną włosy o barwie roztopionej smoły, krótsze niż u jego syna. Był przystojny, szczupły i wysoki. Matka Blacka miała na głowie arystokratyczny kok, była przysadzista i niska. To po niej Syriusz odziedziczył szare oczy, arystokratyczny ich chłód i stosunkowo szczupły nos.
Syriusz stał w pewnej odległości od rodziców. Przyglądał mi się z zaintrygowaniem, ubrany był w czarną, drogą szatę. Czarny miał symbolizować władzę. Phi, pomyślałam. Się przeliczą chyba.
Posłałam mu chłodne spojrzenie i ukłoniłam się lekko w stronę Blacków.
– Dzień dobry.
– A więc to jest wasza córka, panie Lupin – ozwała się niskim głosem pani Black. Jej mąż mierzył mnie spojrzeniem, które mogłoby uchodzić za całkiem sympatyczne. – A na imię masz Mary Ann Rea, prawda, drogie dziecko?
– Zaiste – odparłam, kłaniając się i czując przemożną chęć pobawienia się nieco w Blacka.
Remus parsknął głośno, zabity moją ripostą. Blackowie posłali mu nieco oburzone spojrzenie. Ojciec otaksował go ostrzegawczo i powiedział bezgłośnie: „Bez wygłupów!”.
– Och, Remusie! Gdzieżeś się wychował! – zachrypiała ciotka Thilda.
– No! To chyba możemy zaczynać! – rzekł pan Black niskim, chłodnym głosem, przesuwając ze mnie na mojego tatę wyniosłe spojrzenie.
– Oczywiście! – Tata zrobił jakiś niezidentyfikowany, nerwowy ruch w stronę środka. Ogarnęła mnie narastająca panika i rozpacz. – Remus! Gdzie ta książka?
– Tu, ojcze – powiedział teatralnie Remus i wskazał szlacheckim gestem na stolik. Black zakasłał, maskując wybuch śmiechu. – W tymże godnym miejscu położyłem ją.
– Cudownie, synu – odparł tata uprzejmie, posyłając mu spojrzenie wściekłego bazyliszka.
– No, to zaczynajmy! – zapiała ciotunia i zamaszyście usiadła na sofie, a ta jęknęła, uginając się pod jej cielskiem. Obok ulokowali się już Remus, Walburga Black i tata. Na nogach pozostaliśmy my z Blackiem i Orion, który jako ojciec pana młodego musiał poprowadzić ceremonię.
– Podejdźcie tu…
Stanęliśmy z Syriuszem naprzeciwko siebie na środku salonu. Obok nas, naprzeciw widzów, stanął już pan Black, trzymając moją książkę z zasadami Ślubów.
Syriusz patrzył na mnie, w jego oczach znów szalało rozbawienie i tryumf. Zmiażdżyłam go chłodnym, obojętnym spojrzeniem i opuściłam wzrok. Nie dajmy się zwariować. Będzie dobrze. Dla Remusa i mamy…
– „Przyrzeczenia czas dotrzymać. Wedle czarodziejskich, odwiecznych zasad” – zaczął czytać pan Black. – „Ten oto mój syn, Syriusz Alphard Black, został zobowiązany przeze mnie i mą umiłowaną małżonkę do poślubienia panny mu obiecanej, Mary Ann Rei Lupin. Przemawiając w imieniu rodzicieli pary młodej, wyrażam nadzieję, iż młodzi wychowają w tradycji przyszłych czarodziejów i los przewrotny uchroni ich od hańby charłaczego potomstwa”.
Posłał mu takie spojrzenie, jakby sam fakt przyprowadzenia wnuka-charłaka do jego nieskalanego domu mógłby się skończyć dla Syriusza błyszczącym butem Oriona w pośladkach.
Grdyka Syriusza podleciała do góry po jego długiej szyi i, pomimo względnego opanowania i zblazowania na twarzy, oblał się rumieńcem zakłopotania, speszenia i wstydu, co nie zdarzało mu się często. Westchnęłam spazmatycznie.
– Powtarzaj za mną, synu. Przysięga – syknął pan Black.
Syriusz, sprawiający wrażenie nieco zagubionego, chwycił podstawiony mu przez Oriona przedmiot rozedrganymi palcami, mianowicie pierścionek zaręczynowy. Wystąpiły na mnie siódme poty. Zdałam sobie sprawę, że nie zdjęłam pierścionka od Rabastana.
Black uklęknął przede mną. Z lewej rozległ się szloch. To była Walburga, wycierająca dystyngowanie nos ciemnofioletową, koronkową chustką. Z zakłopotaną miną próbowałam ściągnąć palcami prawej ręki pierścionek założony na tą samą dłoń, starając się robić to dyskretnie.
Tymczasem przede mną Black powtarzał słowa za swoim ojcem:
– „Daję ci, Mary Ann Reo Lupin, ma narzeczono, ten oto pierścień, symbol mego uczucia i oddania tobie całkowicie…”
Przełknęłam ślinę, męcząc się z pierścionkiem od Rabastana. To, co mówił Black, brzmiało tak sztucznie w jego ustach. Przypomniały mi się te wszystkie momenty naszych kłótni. Nienawiść, jaką wysyłał mi swym rozognionym wzrokiem. Czemu zgodził się na taki los? Co zmusiło go do uległości rodzicom? Czy, jak utrzymywał, robił to dla mojego dobra? Aż tak by się poświęcił? A może…
Przypomniał mi się ten moment mojego życia, dawno zapomniane wspomnienie, zagrzebane, pokryte warstwą naszych kłótni. Pewien kwietniowy wieczór w ruinach. Gdyby James nie wpadł z informacją o treningu, co by się wydarzyło? Czy jego pojawienie się odwróciło bieg historii?
Pierścionek od Rabastana brzdęknął o podłogę i odtoczył się niechciany, niedaleko paleniska. Nikt go nie zauważył.
– Mary Ann? Coś się stało? – zapytał uważnie pan Black. – Załóż pierścień od mojego syna!
Wzdrygnęłam się, orientując, że Syriusz od jakiegoś czasu wyciągał rękę po moją własną, robiąc pytającą minę. Machinalnie i bez ceregieli podałam mu dłoń, a on wsunął na mój serdeczny palec kolejny pierścień, zastępując srebrny klejnot z półksiężycem. Wyraźnie mu ulżyło. Przełknęłam ślinę. Klamka zapadła, jestem narzeczoną Syriusza Blacka.
– Powtarzaj za mną… – usłyszałam, nieco nieprzytomna, wciąż wlepiając zdziwiony wzrok w Syriusza klęczącego przede mną i ciągle trzymającego moją dłoń.
– „Przyjmuję twój dar, radując się w sercu mym twym uczuciem. Zgadzam się być twa i urodzić dzieci szlacheckiej krwi czarodziejów” – syknął Orion Black.
Przełknęłam ślinę, czując zamroczenie. Wciąż chłodno wpatrywałam się w Blacka.
– „Przyjmuję… twój dar, radując się w sercu mym… twym uczuciem. Zgadzam się być twa i… i urodzić dzieci szlacheckiej krwi czarodziejów ” – szepnęłam bezbarwnie.
– „Na mą szlachecką krew czarodzieja”. Powtórzcie.
– „Na mą szlachecką krew czarodzieja” – wymamrotałam, czując wiążące słowa przysięgi.
– „Na mą szlachecką krew czarodzieja” – rzekł Black, wciąż wpatrując się we mnie świecącymi oczyma. Nie było w nich w tej chwili chłodu, lecz bardziej smutek.
Wstał, nie odrywając ode mnie tego osobliwego spojrzenia.
– „Jesteście zatem narzeczeństwem. Macie nasze błogosławieństwo. Wyrażamy nadzieję, że za pół roku szczęśliwie zwiążemy różdżką wasze dłonie i na zawsze połączy was los”.
Orion Black zamknął subtelnie książkę i popatrzył na nas uważnie, po czym kiwnął głową.
– To wszystko.
– Pięknie! Och, wzruszyłam się! – Ciotunia Mathilda zalana była łzami.
Popatrzyłam na wszystkich. Remusowi radośnie świeciły się oczy, ojciec dyskretnie ocierał swoje. Panie ryczały jak bobry.
– Mój mały Syriuszek – chlipała Walburga Black. – Nie sądziłam, że dożyję…
Syriusz popatrzył na nią z niekłamanym zdumieniem. Remus znów głośno parsknął.
– Państwo Black życzą sobie może herbatki? – zagadnęła dziarsko ciotunia. – Mamy doskonałe ciasteczka anyżkowe! To robota Mary Ann!
– Och, chętnie napijemy się herbaty. Prawda, mężu? – odparła wyniośle pani Black.
– Przejdźmy zatem do drugiego salonu! – Ciotka podniosła się z trudem. Jej dłonie drgały nerwowo. Cała ta sytuacja chyba ją przerastała. – Podam herbatę!
– Nie mają państwo skrzata domowego? Straszliwa ujma! – zauważyła pani Black, oburzona.
– Eee, skrzat domowy był tu! Taki z niego niedorajda, że go zwolniliśmy! – natychmiast skłamała ciotunia Thilda. Black uniósł brwi, gdy nikt nie widział. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, ile w tym prawdy.
– Tak, proszę pani. To wielki problem. U nas w rodzinie UCINA się głowy nierozgarniętym, starym skrzatom – objaśniła chłodno pani Black, a jej mąż pokiwał z powagą potakująco.
Tata i Remus wymienili przerażone spojrzenia.
– Eee, taak. Cóż… – wydusiła z siebie ciotka Mathilda, tracąc język w gębie, co nie zdarzało jej się często. – Nad wyraz skuteczne… Tędy!
Obróciła się do mnie i Blacka, stojących na końcu korowodu.
– Wy zajmiecie się sobą! Mary Ann, zaprowadź tego kawalera do swego pokoju! Tak wypada! Chyba, że państwo chcieliby, by młodzi napili się z nami?
– Nie, to doskonały pomysł. Niech pobędą razem, poznają się lepiej… – rzucił nonszalancko pan Black. Widocznie spodobał mu się pomysł pozbycia się syna z oczu.
– Cudownie! No, już! – zaskrzeczała ciotka nisko, a gdy ojciec i Walburga Black zniknęli w korytarzu, ciotka syknęła:
– Tylko zachowujcie się przystojnie! Niech wam nie uderzy do głowy uczucie! Mam tam wysłać Remusa w roli przyzwoitki?!
Remus tym razem wcale nie utrzymał powagi, pomimo usilnych starań, i włożył prawie głowę do wazy, byle nie ryknąć śmiechem.
– Wydaje mi się to zbędne. Mój syn jest całkiem rozsądny, chociaż czasem wątpiłbym w to… – Pan Black posłał potomkowi chłodne spojrzenie. – Zapewniałbym, że nie dobierze się do tej młodej panienki, panno Lupin.
Zabrzmiało to tak makabrycznie, że ciarki przebiegły po całych moich plecach.
– To dość ryzykowne, zostawiać młodych samych w pokoju… – Ciotunia posłała nam nieufne spojrzenie. – Mogliby splamić rodzinę skandalem. Ale dobrze. Jeżeli pan ufa synowi… Chodźmy!
Na odchodnym posłała Remusowi miażdżące spojrzenie i syknęła tak, by Orion nie usłyszał:
– Czmychaj stąd, młodzieńcze. Nie pokazuj mi się na oczy. Do pokoju!
Remus nie usłuchał, rzecz jasna. Zostaliśmy razem we trójkę i zaległa cisza.
Podeszłam do pierścionka porzuconego na ziemi, nie zważając na towarzystwo. Podniosłam klejnot. Tymczasem chłopcy kopali się przyjacielsko po łydkach, posyłając sobie chytre uśmieszki. Czułam się fatalnie. Jakby ktoś wyrwał ze mnie coś istotnego, byłam pusta w środku, pozbawiona czegoś ważnego. Pochłonęła mnie obojętność i beznadzieja.
– No, to ZAJMIJCIE się sobą, hehe! – zarechotał złośliwie Remus i wyszedł, zamykając za sobą drzwi i pozostawiając głuchą ciszę.
Była to chyba najgorsza cisza, jaką pamiętałam. Ja i Black staliśmy sobie w pewnej odległości, nie patrząc na siebie. Ja wlepiałam ślepy wzrok w obracany nerwowo pierścionek od Rabastana. Czułam gorycz przegranej.
– Yyyy… – ozwał się inteligentnie po kilku minutach Black.
Podniosłam na niego pełen wyrzutu wzrok. Patrzył w skupieniu na dywan. Po chwili przeniósł na mnie nieco zawstydzony wzrok. Oczy pozostały rozbawione.
– To… jesteśmy narzeczonymi – skonkludował nareszcie niepewnie.
– Zaiste – rzekłam chłodno, mrużąc oczy.
Black parsknął.
– Tak w ogóle, to ładnie wyglądasz – rzucił i zmrużył arystokratycznie oczy.
Kiwnęłam sztywno głową na znak przyjęcia komplementu.
– To… chyba muszę cię wziąć do pokoju. Chodź – mruknęłam niechętnie, nie patrząc na niego.
W nieprzyjemnym milczeniu wspięliśmy się po schodach za regałem w bibliotece. Chwyciłam klamkę w kształcie róży i weszliśmy do środka.
– Rozgość się, jeżeli chcesz… – wzruszyłam ramionami, wbijając wzrok w trzymany pierścień od Rabastana.
Black, zamiast usiąść, podszedł z zaciekawieniem do biurka.
– O, platynowy kotek ode mnie! – zdziwił się. – Myślałem, że go…
Przerwał, obserwując kawałek ściany przy biurku. Przykleiłam tam zdjęcia bliskich. Był więc Remus i ja jako dwa przytulające się bobasy, ja z Lily i Alicją w dormitorium, zdjęcie ślubne rodziców, ja z Jamesem nad jeziorem, Severus, sam Remus, a na końcu ja z Rabastanem. Trzymał mnie w czułych objęciach i śmialiśmy się do obiektywu. To zdjęcie wykonał Mulciber w czerwcu. Z twarzy Blacka zniknęły okresowo kolory. Opuściłam smutny wzrok na kolana, czując zakłopotanie. Nagle zdałam sobie sprawę, że może Blacka to zabolało.
– Chcesz posłuchać Beatlesów? – zagadnęłam nieśmiało.
Przeniósł na mnie jakiś dziki wzrok, po czym kiwnął krótko. Podeszłam zatem do gramofonu, który dostałam od niego w zeszłym roku, i puściłam jedną z płyt winylowych. Wkrótce w pokoju zabrzmiało liryczne „Yes, it is”.
– Lubię tą piosenkę – mruknął i uśmiechnął się do siebie. – Uspakaja mnie.
Odgarnęłam długie włosy na plecy. Syriusz tymczasem bez zbytniej krępacji zaczął nucić piosenkę Beatlesów, podrygując i obracając się wolno wokół własnej osi na środku pokoju.
– „If you’ll wear red tonight…”
Zacisnęłam pięści na kolanach okrytych czerwienią. To mógłby być taki piękny dzień, przy innych okolicznościach…
Podniosłam niechętnie wzrok na Blacka. Obserwował z zaciekawieniem gzyms kominka, na którym stały książki Tolkiena.
– Co to? Nie znam tej książki – powiedział.
– Bo to mugolska powieść – mruknęłam chłodno.
Podszedł i chwycił „Powrót Króla”.
– Mogę? Nigdy nie czytałem mugolskich książek tego typu.
Wzruszyłam ramionami. Zaczął więc gmerać przy „Władcy Pierścieni”, a ja usiadłam nieco sztywno przy biurku, zapatrzona tęskno w zdjęcie Rabastana. On nawet nie wie, co się teraz ze mną dzieje. Jakby zareagował, gdyby się dowiedział?