Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

środa, 16 sierpnia 2017

56. Kara



Niedługo następny rozdział :) I stokroć dzięki za komentarze :)




Ocknęłam się z przeświadczeniem, że coś nie gra. A potem nawiedziła mnie wizja wczorajszego dnia. A więc to działo się naprawdę.
Prychnęłam i wstałam, orientując się, że spałam w ubraniu. „Wyjdę za Syriusza Blacka, wyjdę za Syriusza Blacka”. Powtarzałam w głowie tę mantrę z ogromnym niedowierzaniem.
Oparłam się o biurko bezwiednie. Na jego blacie od dawna leżał porzucony w kąt i zwinięty bezładnie wisiorek z kotkiem, którego zdjęłam, odkąd zaczęłam chodzić z Rabastanem. Mruczał błogo, a nawet tryumfalnie. Obdarzyłam go gaszącym spojrzeniem, ale nic sobie z tego nie zrobił.
Odwróciłam wzrok, który padł na zakurzony gramofon i kolekcję płyt. Dostałam to wszystko od Blacka. Zgrzytnęłam zębami. Czemu wszystko tu musi mi go przypominać?
Zerknęłam na zegarek i trochę się ucieszyłam. Było już grubo po dziesiątej. Czas wyruszać na Pokątną.
Przebrałam się i zrobiłam ze sobą porządek, zebrałam jednego galeona ze słoika z oszczędnościami, po czym zeszłam na sam dół. Chwilę potem weszłam do kominka i sięgnęłam po proszek Fiuu. Niezbyt interesowała mnie reszta rodziny i to, co teraz porabiali. Nie poczułam też potrzeby mówienia im, gdzie się wybieram.
– Londyn, Dziurawy Kocioł!
Kilka chwil potem wylądowałam na zimnej posadzce i rozejrzałam się. W Kotle nie było zbyt wielu osób, toteż szybko dostrzegłam Lily. Siedziała samotnie przy stoliku.
– Meg! – ucieszyła się i padłyśmy sobie w objęcia.
– Nawet nie wiesz, jak miło cię widzieć – westchnęłam.
– Siadaj. Zamówiłam ci Ognistą Whisky. – Wskazała na stolik.
– To bardzo miło z twojej strony, Lily. Ile mam ci oddać?
– Daj spokój, na mój koszt – mruknęła z niejakim oburzeniem.
– W porządku. Przyda się teraz coś mocnego… – rzekłam i opadłam na jedno z krzeseł.
– No więc. – Lily postawiła przede mną kufel i sama usiadła. – Coś się stało, prawda? Zdziwił mnie twój wczorajszy list.
– Tak – burknęłam, wbijając wzrok w kufel. – Stało się coś potwornego.
– Ktoś ci umarł? – zapytała niezbyt przekonana Lily. – Chyba nie, bo byłabyś raczej nieszczęśliwa, nie wzburzona.
– No właśnie.
– Rabastan zerwał zaręczyny? – była w tym ledwo wyczuwalna nutka nadziei.
– Lily, nie rozśmieszaj mnie! – parsknęłam z politowaniem.
– To co jest? – spytała z pewną dozą niepokoju.
– Wiesz, że czarodzieje ze szlacheckich rodów lubią łączyć się w pary. Niektórzy nie pozwalają dzieciom żenić się inaczej! Tylko z kimś o czystej krwi.
– No… – Lily kiwnęła ostrożnie głową, ciekawa, co się kryje za tym wstępem.
– I moi cudowni, kochani, opiekuńczy rodzice wpadli właśnie na genialny pomysł, że wspaniałomyślnie też mi zafundują taką atrakcję!
– No co ty… Nie żartuj… – Dziewczyna szeroko rozwarła oczy, pełna chłodnego niedowierzania. – Każą ci za kogoś wyjść? Nie wierzę.
– Nie, to wszystko prawda! – zawołałam z rozgoryczeniem. – Fajnie, nie?
– I za kogo wyjdziesz? – spytała z niekłamanym przerażeniem.
– Za boskiego Syriusza Blacka… – burknęłam.
Spodziewałam się, że Lily się przerazi, zacznie mi współczuć, czy jeszcze jakoś inaczej. Ale ona odetchnęła z wyraźną ulgą i rzekła:
– Rany, Meg… A już myślałam, że naprawdę cię wkopali w jakieś straszliwe bagno.
– Co? Lily, o czym ty mówisz? – zapytałam gwałtownie.
– No… Myślałam, że wylądujesz z jakimś starym dziadem albo ze śmierciożercą. A tu Syriusz! Powiem ci więcej, masz szczęście, że chcą cię wydać akurat za niego.
– Lily, co ty pleciesz?! Myślałam, że mnie jakoś pocieszysz! Wspomożesz!
– Meg – odparła cierpliwie. – Wybacz, że ci to powiem, ale może trochę przesadzasz w swojej histerii.
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w policzek.
– Teraz wydaje ci się to tragedią, bo jesteś z Syriuszem na ścieżce wojennej, ale myślę, że jeszcze kilka miesięcy temu ta rewelacja nie zrobiłaby na tobie aż takiego negatywnego wrażenia. Może nawet by ci się ten pomysł spodobał. Myślę, że zbytnio żyjesz teraźniejszością.
– Wiem, czemu tak mówisz. Chcesz, żebym wyszła za Blacka, bo nie chciałaś mojego ślubu z Rabastanem. Nie chciałaś, bym wchodziła do grona ludzi, z którymi on trzyma – rzekłam martwym tonem. – Ciebie to nawet cieszy, że tak się stało.
Lily nieco się zmieszała, ale postanowiła trzymać rezon:
– Masz rację. Stokroć wolę, żebyś wyszła z przymusu za Syriusza, niż zadawała się z Rabastanem. To dla twojego dobra, Meggie. Kiedyś twoim rodzicom podziękujesz.
– Wszystko zawsze jest dla mojego dobra! – warknęłam. – Z Blackiem NIGDY nie będę szczęśliwa. Ja to po prostu wiem!
– Zmienisz zdanie za kilka lat, gdy już do niego przywykniesz, jak będziecie mieć dzieci. Tak poza tym, Syriusz o wiele lepiej pasuje mi na troskliwego, czułego ojca, niż twój były narzeczony.
Rozsierdziło mnie „były”.
– O dzieciach nie ma mowy! – zawołałam z przerażeniem. – Niechby się tylko zbliżył!...
– Chcesz mieć dzieci czy nie? – odparowała natychmiast.
– Chcę… kiedyś.
– No to wybacz, ale coś mi się nie klei. Z kim ty niby chcesz mieć te dzieci?
– Nie wiem. Ale nie z Blackiem.
Lily przewróciła zielonymi oczyma.
– Już to widzę, jak Syriusz wspaniałomyślnie na to przystaje – zauważyła. – Poza tym naprawdę sądzisz, że unikanie kontaktu z mężem jest takie proste? Nawet w gigantycznym dworku pewnie nie jest. I do tego jestem pewna, że nie zawsze będziesz miała siłę i ochotę toczyć z nim tę bezsensowną wojnę.
Zmarkotniałam i nic nie odparłam. Lily miała całkowitą rację, jeśli chodziło o unikanie Blacka. I właśnie to było najgorsze. Istniało prawdopodobieństwo, że on sam był nieprzychylny temu pomysłowi naszych rodziców i unikałby mnie z równym zaangażowaniem, co ja jego. Ale co, jeśli jemu bardziej spodoba się idea udawania szczęśliwej rodzinki? Jeżeli zachce mu się małych paniczów, wyprodukowanych przeze mnie i przez niego? Albo już nawet nie chodziło o dzieci, ale jego męskie potrzeby. Co prawda nie wyglądało na to, że ma jakiekolwiek. Nie byłam nawet pewna, czy wiedział, skąd biorą się dzieci i jak to wszystko działa. Mimo tej niewiedzy zaczęłam się bezwiednie zastanawiać, czy Black byłby zdolny dopuścić się gwałtu.
– Meg, uszy do góry! – usłyszałam melodyjny głos Lily. – Wiesz, jaką jesteś szczęściarą? Nawet sobie nie zdajesz sprawy.
– Jaką szczęściarą? – zezłościłam się.
– W zaaranżowanych małżeństwach kobiety nie mają tak dobrze. Wychodzą za starych i zgrzybiałych. Albo za takich, których nie znają wcale. Oba te przypadki cię nie dotyczą. Sama to zresztą kiedyś zrozumiesz.
– Świetnie. Dzięki za radę. Myślałam, że coś poradzimy – burknęłam. – Ja bym tak się zachowała, gdyby kazali ci wychodzić za Jamesa.
Lily natychmiast spoważniała.
– To nie jest śmieszne, Meg.
– O, Severus…
Mój czarnowłosy przyjaciel właśnie wszedł do Dziurawego Kotła i rozejrzał się niepewnie. Zerknęłam na zegarek. Było dopiero piętnaście po jedenastej. Naraz nas zobaczył, ale szybko się cofnął, gdy dostrzegł Lily.
– Eee… – bąknęłam. – Nie tak to miało wyglądać.
– Nie przejmuj się mną, Meggie. Ja już się pozbieram. Myślę, że nie ma co więcej płakać nad rozlanym mlekiem. Mam nadzieję, że chociaż odrobinę podniosłam cię na duchu. Przemyśl to sobie, proszę.
– Nie chcesz zostać jeszcze przez chwilę?
– Nic nowego ci nie doradzę – stwierdziła. – Moją opinię na temat tej sytuacji znasz.
Wstała, przytuliła mnie mocno i odeszła, zostawiając chyba w jeszcze gorszym stanie, niż poprzednio. Severus natychmiast przysiadł się na jej miejsce.
– I jak tam? Coś się stało? – Był wyraźnie wytrącony z równowagi widokiem Lily.
– Tak, i to coś tragicznego. – W skrócie opisałam mu, o co chodzi.
Reakcja Severusa była skrajnie różna od tej, którą zaprezentowała wcześniej Lily.
– Co?! – prawie krzyknął, po czym wpatrzył się we mnie z przerażeniem i głębokim współczuciem. – Przecież to okrutne. Całe życie pod jednym dachem z Blackiem…
Wzdrygnął się na samą myśl.
– Cieszę się, że rozumiesz powagę sytuacji.
– Ale makabra – syknął. – Nie mogłaś im powiedzieć o Rabastanie?
– No nie mogłam! Już widzę, jak chętnie by to przyjęli.
– Trzeba było ich postawić przed faktem dokonanym! – jęknął Severus. – Meg, nie daj się! Nie pozwól, by cię unieszczęśliwili.
– Łatwo ci mówić – westchnęłam. – Oni potraktowali to bardzo poważnie. Nieodwołalnie.
– I co teraz zrobisz? – przejął się Severus. Obserwowałam w milczeniu jego zatroskane, czarne oczy. Wzruszyłam ramionami.
– Nie wiem. Po prostu tego nie wiem.
– A jakby Rabastan cię porwał nagle z domu i wzięlibyście potajemnie ślub?
– To jest myśl – przyznałam, czując płomyk nadziei. – Problem w tym, że muszę najpierw go zawiadomić, a tego najbardziej się boję. Jego reakcji. A nuż nie doczyta listu do końca, tylko rzuci nim ze złości w ogień? Różne rzeczy mogą się stać. Wolałabym mu to osobiście powiedzieć.
– To musisz się z nim umówić. – Po jego minie widziałam, jak bardzo Severus się tym wszystkim przejął. Wiedziałam, że najgorszemu wrogowi nie życzył takiej kary. – Nie przejmuj się. Zrobimy wszystko, żeby ci pomóc. Ja na pewno, jeżeli tylko poprosisz.
– Dzięki. – Ujęłam jego dłoń. Uśmiechnął się smutno. – Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Lily wzięła stronę Syriusza…
– Naprawdę? – Wpatrzył się w wyszorowany blat stolika i nie więcej nie powiedział.
– Tak sobie myślę – zaczęłam. – Powinnam już wracać, nie mówiłam nic kochanej rodzince o mojej wycieczce.
– Spróbuj porozmawiać z nimi o Rabastanie. Mówiłaś mi, że ich związek sam spotkał przeszkody. Może zrozumieją.
Kiwnęłam potakująco głową. To był dobry pomysł. Pełna nadziei pożegnałam się z Severusem i postanowiłam wracać do ponurego, nieprzyjaznego mi domu.
Kilka chwil i już leżałam na dywanie w feralnym salonie, w którym miała miejsce nasza wczorajsza rozmowa.
– Gdzie byłaś? – zagadnął chłodno ojciec zza “Proroka”.
– Daleko – odburknęłam.
– Odpowiadaj mi, gdy zadaję pytania.
Nic skomentowałam tego, jedynie ruszyłam do swojego pokoju.
– Mary Ann! – zagrzmiał za mną ojciec. Zignorowałam to i wkrótce siedziałam już na zielonej, aksamitnej pościeli.
Nie wiedzieć czemu, byłam jedynie wściekła. Może nie czułam innych emocji, bo po prostu jeszcze nie do końca w to wszystko uwierzyłam?
Doskoczyłam do biurka, by napisać list do Rabastana. Drzwi za mną otworzyły się na pełną odległość. Stanęli w nich moi rodzice. Posłałam im nieżyczliwe spojrzenie.
– Mam nadzieję, że nareszcie dotarło do ciebie to, co powiedzieliśmy wczoraj – rzekł gniewnie ojciec.
Milczałam.
– Remus powiedział nam o twoim chłopaku – dodała mama.
Podniosłam głowę z przerażeniem.
– Czy ty naprawdę sądziłaś, że się na to zgodzimy? – spytał retorycznie ojciec.
Zacisnęłam pięści pod biurkiem. To oznaczało wojnę.
– Mówcie, co chcecie. Ja i tak nie wyjdę za Blacka – prychnęłam, ale do serca wkradła się panika.
– Wysłałem właśnie odpowiedź do Oriona i Walburgi Black. Że zgadzamy się na twój ślub z ich starszym synem. 
Jęknęłam mimowolnie ze zgrozą.
– Pogódź się z tym, Mary Ann – rzekła mama nieco błagalnie. Zrobiła minę, jakby chciała mi zakomunikować: „To twoja ostatnia szansa...”.
– Nie ma mowy – oświadczyłam hardo.
Przez drzwi wytknął głowę Remus.
– Co, wciąż stawiasz opór? – mruknął ze znużeniem.
– Tobie nic do tego – ucięłam krótko.
– Owszem, dużo mi do tego. O wiele bardziej Syriusz pasuje mi na szwagra, niż jakiś zapluty Lestrange.
Posłałam mu nienawistne spojrzenie.
– Tobie pasuje? Aha, nie liczy się, że mi nie pasuje, musi pasować tobie… Wiesz co, sam się z nim ożeń, będzie z was cudowna para – warknęłam zjadliwie.
– Już za późno, Łapa jest zajęty – odgryzł się mściwie.
– Mary Ann, radzę ci się opanować. Trzymaj nerwy i buzujące hormony na wodzy – ostrzegł mnie ojciec.
– To dajcie mi spokój – odparłam chłodno.
Rodzice westchnęli.
– Czyli nie chcesz spokornieć?
Milczałam, gniewnie lustrując ścianę ze zdjęciami bliskich.
– Dobrze więc. Eee, masz karę – oznajmił ojciec.
Popatrzyłam na niego z politowaniem, ale nieco mnie tym zaniepokoił. Jaką karę? Coś gorszego, niż śluby z imbecylami? Odetchnęłam jednak szybko z ulgą, w końcu zostały tylko dwa tygodnie do szkoły. Nie powinno to trwać długo.
– Zostaniesz wysłana do mojego przyjaciela, do Ameryki.
– Ale kara – sarknęłam. – Błagam o litość.
– To biedna, liczna rodzina – ciągnął ojciec, ignorując zaczepkę. – Na nic ich nie stać. Muszą codziennie zajmować się wielkim gospodarstwem. Praca tam jest ogromna i bardzo żmudna. Nawet życie tu jest przy tym luksusem. Jest to chyba najpokorniejsze zadanie, na jakie wpadliśmy z twoją matką. Zważywszy na fakt, że mój przyjaciel zrezygnował z używania magii. Stwierdził, że życie jak mugol jest świetną przygodą. Cóż, zawsze był trochę dziwny.
– Super.
– Aha… Wracasz w październiku. Dwa tygodnie to za krótko.
– Co?! – Poderwałam się. – Ale ja mam owutemy! Muszę iść do szkoły! Nie mogę stracić miesiąca!
– Z owutemami sobie poradzisz. Zresztą, gdy już wyjdziesz za Syriusza Blacka, nie będą ci potrzebne żadne owutemy – dodał bezwzględnie. – Spakuj swoje rzeczy. Mój przyjaciel będzie tu lada chwila.
Cała trójka wycofała się. Kopnęłam z całej pary krzesło z kości słoniowej. Przeklinać dzień, w którym Black przylazł na ten cholerny świat!
W tej sytuacji nie było sensu pisać do Rabastana. Sowa mogła nie dolecieć na czas, a ten przyjaciel miał przybyć w każdej chwili.
Nie myliłam się. Mężczyzna już czekał przed domem następnego dnia rano, a ja, rozkazem ojca, wyszłam go przywitać. Był wysoki i umięśniony. Czerstwa cera wskazywała, że dużo przebywał w polu. Coś mi nie pasował na człowieka wychowanego w czarodziejskim otoczeniu, bardziej na farmera. Zdziwiłam się więc, kiedy wyszczerzył idealnie białe zęby i pokazał miotłę, na której przybył.
– Hej, Marshall! – ucieszył się ojciec i ze śmiechem rzucili się sobie w objęcia. Matka i Remus już zbiegli na dół i wszyscy zgromadzili się przed domem. Obserwowałam całe zajście ze złością i buntem. Było mi wszystko jedno, gdzie się zaraz znajdę.
– Czyli polecicie na miotle? – zagadnęła matka po stosownym powitaniu gościa.
– A teleportacja? – zastanowił się Remus.
– Coś ty, Marshall był takim patałachem, że nie zdał egzaminu – parsknął ojciec i otrzymał kuksańca od kumpla ze szkolnych lat.
Podniosłam oczy ku niebu. Wszystko mnie irytowało w moich rodzicach. Od zachowania, gestów, sposobu wysławiania się, po wygląd.
– Chce pan wskoczyć na herbatkę? – zapytała matka grzecznie.
– Nie, odmówię tym razem! Przed nami długa droga, pani Lupin!
– Pa, Meg. Mam nadzieję, że zmądrzejesz. – Remus łaskawie poklepał mnie po głowie, by okazać swoją wyższość umysłową nade mną.
– Zanim się pożegnamy, to… – Ojciec wyciągnął rękę. – Twoja różdżka.
– Słucham?! – oburzyłam się.
– Nie, dziecko. Nie będziesz sobie pomagała czarami przy pracy!
– Chyba żartujesz. Myślisz, że ci oddam moją różdżkę? – prychnęłam.
– Oddaj ją. Dopiero wtedy zrozumiesz sens tego pokornego zadania.
Popatrzyłam na niego wilkiem i cisnęłam moją różaną różdżkę w jego wyciągniętą dłoń.
– I pamiętaj, Marshall, macie ją tam przegonić przez suchy las. Mary Ann brakuje pokory, nauczcie ją tam – zwrócił się do kumpla. 
Złapałam niewielką torbę z najpotrzebniejszymi środkami do zachowania higieny (rodzice uznali, że rodzina farmerów da mi stare ubrania).
– A pożegnanie? – zapytał mnie Marshall.
Niechętnie zerknęłam w stronę ojca.
– Może się wstrzymacie? – zapytała matka. – Słyszałam o jakichś wichrach na zachodzie Anglii, od kilku dni utrzymują się tam sztormy na morzu. Możecie przeczekać do jutra…
– Spokojna głowa! – wyszczerzył zęby Marshall. – Sztormy mi niestraszne.
– Chodź tu, córko… – Uchyliłam się przed ramionami matki, nie dając jej możliwości do pożegnania. Zerknęła na mnie ze smutkiem. Odpowiedziałam jej wściekłym, dumnym spojrzeniem.
– Lećcie już. – Ojciec nawet nie próbował się ze mną żegnać. Wskoczyłam na miotłę za farmerem i wzbiliśmy się w powietrze. Epping uciekło spod naszych stóp.
– Trzymaj się! – wrzasnął Marshall i ponaglił miotłę do ruchu. Z niechęcią wtuliłam się w jego szerokie plecy, obserwując ponury świat pode mną.
Chmury pędziły z zawrotną szybkością, miały barwę ołowiu. Czułam, że za parę chwil rozpęta się prawdziwa ulewa.
Marshall nic sobie z tego nie robił i pędził, jak mi się zdawało, na zachód. Ku Atlantykowi.
Po kilku godzinach drogi dopadło mnie znużenie. Podróż nawet nie umywała się do bajkowego lotu, jaki kiedyś odbyłam z wampirami. W dodatku wszystko mi ścierpło. Z zimna i utrzymywania niewygodnej pozycji. Czułam się niezmiernie głupio, wtulona w obcego człowieka. Żeby Rabastan tu był…
Nagle uderzył w nas potężny wicher. Miotłę odrzuciło w lewo, ale dzielnie mknęła dalej. Powstrzymałam wzbierające wymioty, patrząc ze zgrozą na korony drzew. Ciekawe, czy przeżyłabym upadek z tak wysoka, jakbym wylądowała w jednej z nich.
Na horyzoncie, ku któremu mknęliśmy, rysowały się ciemnogranatowe chmury. Błyskawica przecięła niebo gdzieś daleko.
– Może przeczekamy? – zapytałam, przekrzykując huk.
– Nie, nie ma sensu! Damy radę! W takich warunkach nie raz leciałem! – odwrzasnął.
– Super… – burknęłam do siebie, kiedy kolejny mocny podmuch wiatru prawie przekręcił miotłę do góry nogami.
Tymczasem, ku mojemu przerażeniu, Marshall wyleciał na otwarte morze. Skończyła się Anglia, przed nami dostrzegłam jedynie kilka wysp.
Usłyszałam z przodu jakieś przekleństwo. Chwilę potem wpadliśmy w ścianę potwornego deszczu. Siekł, mocząc nas do suchej nitki. Miotłą zataczało nieprzyjemnie. Choć Marshall próbował nad nią zapanować, wkrótce całkowicie stracił kontrolę.
Sparaliżowana, kurczowo trzymałam się jego pleców, nie dbając o pozory. Miotła samowolnie, kręcąc młynka, pruła przed siebie. Nie wiedziałam, gdzie góra a gdzie dół. Straciłam orientację w czasie i przestrzeni, a potem nagle zrozumiałam, że odrywam się i lecę w górę, głową ku niebu, przyspieszając.
Chwilę później poczułam ostry ból głowy. Coś chropowatego i kanciastego smagało mnie wszędzie, gdzie się dało. Rozpaczliwie złapałam się pierwszej lepszej napotkanej przez dłoń rzeczy. Szarpnęło za rękę i… świat obrócił się do góry nogami. Roztrzęsiona ręka nie wytrzymała ciężaru i znów runęłam w dół. Poczułam przerażający ból w nogach, a na twarzy miękką trawę i błoto. Z trudem obróciłam się na plecy, obserwując prawie czarne niebo, przecinane błyskawicami. Woda lała się strumieniami, zrobiło mi się przeraźliwie zimno. No tak, zleciałam z miotły do góry nogami i wleciałam w koronę tego wielkiego drzewa, pod którym aktualnie spoczywałam.  
Marshalla nigdzie nie dostrzegłam, huk deszczu i bezlitosne grzmoty wstrząsające ziemią zagłuszały moje myśli, wdzierając się bezlitośnie do świadomości.
Wstałam na roztrzęsionych nogach i niepewnie oparłam się o śliską korę. Dookoła rosło dużo niskich drzew o rozłożystych, zielonych koronach. Mimo tego faktu ściana deszczu z łatwością tu docierała, więc nie widziałam dalej, niż za najbliższe drzewo. Zrobiło się dziwacznie ciemno i mroczno. Nigdy chyba nie czułam się taka bezradna. Włączając w to noc, kiedy to uciekłam z domu. Szum szalejącego morza dosłownie kilka kroków ode mnie, gdzie to zaczynał się wysoki klif, spotęgował wrażenie paraliżującej samotności. 
Zrobiłam parę niepewnych kroków przed siebie. Szalała burza, w związku z tym musiałam się czym prędzej ukryć. Pośliznęłam się na błocie, zaliczyłam wywrotkę i z cichym okrzykiem zdziwienia zjechałam ze śliskiego zbocza prosto do błotnistego rowu, w którym płynęła brudna woda. Deszcz lał się po mnie strumieniami, siedziałam po pas w brązowej mazi, do tego kostka niemiłosiernie mnie rozbolała. Złapałam ją dwoma palcami, zaciskając zęby i przełykając łzy wściekłości, bezradności i rozpaczy. Wygramoliłam się z wody i położyłam na plecach w błocie. Wpatrzyłam się z trudem w niebo. Zziębnięta, ranna, brudna, głodna, mokra i do tego przeraźliwie sama i zagubiona. Tak, jakby nie było innych ludzi, jakbym była sama z tym mokrym lasem, ciemnym niebem i burzą.
Znajdowanie się pod wpływem kuracji przeciwwampirzej sprawiło, że w tej sytuacji groziło mi po prostu najgorsze. Wiedziałam, że umrę, jeżeli się nie ruszę. Śmierć z głodu. Albo coś mnie po prostu zaatakuje, bądź ktoś. Jest tak wiele możliwości.
Nieco nieprzytomnie i jakoś obojętnie omiotłam wzrokiem wszystko dookoła, rozważając nad swoim położeniem. Odkryłam z niejakim rozgoryczeniem, że nie zależy mi na przeżyciu. Co mnie czeka po ucieczce stąd? Do kogo powrócę? Do Blacka? Do rodziców, którzy mnie w to wpakowali?
Ze spokojem, głęboko oddychając, wlepiłam wzrok w ledwo dostrzegalny przez ścianę deszczu pień drzewa naprzeciw. Uśmiechnęłam się do siebie z goryczą i niejaką ulgą. Można tu zdechnąć. Tak będzie lepiej, dla mnie i dla ogółu.
A co z Rabastanem?
Z trudem spróbowałam wstać. Noga odmówiła posłuszeństwa.
– To na nic! – jęknęłam do siebie. Łzy zmieszały się z deszczem. Poddałam się i ległam z powrotem na plecach. Po chwili jednak podjęłam próbę i zaczęłam się czołgać po błotnistym zboczu ku górze, zjeżdżając co jakiś czas w dół. Czułam narastające zrezygnowanie po tym, jak po raz enty wylądowałam znów w głębokim rowie, jednak ponowiłam swoistą wspinaczkę.
Udało mi się wdrapać dość wysoko, by chwycić kępy trawy. Natychmiast prawie je wyrwałam, ale zapewniły jakieś oparcie. Wkrótce leżałam na mokrej, bujnej trawie.
Spróbowałam powoli pełzać do przodu w siekącym deszczu. Przypominało to potworny koszmar, w ktoś związuje śniącemu nogi.
Wreszcie, po minięciu paru drzew, przycupnęłam pod jednym, wyjątkowo dobrze ukorzenionym. Wcisnęłam się w norę pomiędzy jego wilgotnymi korzeniami, z pewną dozą obojętności znosząc fakt, że jakiś piorun może uderzyć właśnie w to drzewo.
Unosił się zapach wilgoci i ziemi, deszcz już nie moczył mnie do suchej nitki. Skuliłam się w samotny kłębek, rozpamiętując noc ucieczki z domu sprzed lat. Zrobiło mi się nawet odrobinę przytulnie.
Po kilkudziesięciu minutach wpatrywania się nieustannie w szary, mroczny świat zza korzeni mojej kryjówki odczułam znużenie. Choć broniłam się przed snem, wkrótce dotarło do mnie, że w zasadzie jest mi wszystko jedno, czy coś zaatakuje mnie podczas snu. Powieki same się zakleiły i odpłynęłam w nicość.
Ocknęłam się prędko, nawiedziły mnie podejrzenia. Poczułam się obserwowana.
Świat okrył szary, ponury welon. Było prawdopodobnie późno. Deszcz już nie padał, panowała nienaturalna cisza.
Wyczołgałam się z trudem spod korzeni. Nie śpiewały ptaki, wiatr najcichszym szmerem nie poruszał liściastych gałązek. Wszystko tkwiło w bezruchu. Bardzo mi to nie odpowiadało.
Zerknęłam na pulsującą bólem kostkę. Z trudem się na niej utrzymywałam, a o chodzeniu raczej nie było mowy.
Trzask przełamywanej gałązki gdzieś za mną przeciął martwą ciszę. Raptownie obróciłam głowę, ale alejka z drzew była pusta, wciąż szara i zasnuta ciemną mgłą. Może mi się wydawało?…
Z wolna, niechętnie tracąc kontakt wzrokowy z obszarem za mną, zlustrowałam zabłocone ubranie. Jest już chyba do wyrzucenia.
Tym razem wyraźnie poczułam ciarki na plecach. Ponownie się obróciłam, marszcząc brwi. Zza drzew dostrzegłam parę żółtych, rozjarzonych punkcików. Były wlepione centralnie we mnie.
A potem coś w moim żołądku osunęło się ciężko na sam dół. Być może to moja rozszalała wyobraźnia, ale wydawało mi się, że słyszałam narastające ohydne warczenie.
Bez zastanowienia rzuciłam się przed siebie. Paraliżujący strach usunął ból kostki. Czułam, że za chwilę coś powali mnie na kolana, odgryzie głowę, rozszarpie ciało…
Słyszałam wyraźnie ujadanie za sobą. Polowanie rozpoczęte.
Kontuzjowana kostka chrupnęła nieprzyjemnie, tym razem na amen się rozwalając. Potknęłam się o niesprawną nogę i stoczyłam z mokrej, trawiastej skarpy, tracąc w nadchodzących ciemnościach orientację. Wreszcie, po kilkunastu sekundach ległam w bezruchu na plecach. Gdzieś nade mną słychać było wyraźnie ujadanie i wycie. Co to?…
Wstałam z wielkim trudem. Noga odmówiła mi już całkowicie posłuszeństwa. Kuśtykając, weszłam w zarośla, nie mając pojęcia, co innego robić. Czy istota ruszyła za mną w pogoń? Może ten nagły manewr w bok przerwał jej polowanie?
Daleko przede mną zamajaczył nagle jakiś złoty błysk. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Czyżby znowu coś mnie obserwowało?
Światło jednak przypominało mi bardziej blask świecy. Najciszej, jak tylko mogłam na rozwalonej nodze, pokuśtykałam w jego stronę.
Na niewielkiej polance w rzadkim lesie dostrzegłam coś, czego najmniej się spodziewałam, mianowicie chatkę. Była okrągła, zbudowana została z polnych kamieni, stożkowy dach porastał mech i trawa, na jednej ze ścian rósł bluszcz z dojrzałymi winogronami. Przypominała nieco chatkę Hagrida. Jedyne okienko, okrągłe i dość małe, rozjarzone było przyjemnym, złocistym blaskiem.
Poczułam przemożną chęć, by zapukać do drzwi, jednak nieco wystraszyło mnie to, kogo mogłabym spotkać wewnątrz. Problem rozwiązał się sam, bowiem zza chatki wyszedł przedziwny człowiek. Nosił czarodziejską szatę i szpiczasty kapelusz. Miał kasztanową bródkę i grube brwi, a niósł z namaszczeniem zakrzywiony kostur. Jego zaskoczony wzrok zlustrował mnie. A potem warknął:
– Przecież mówiłem: nie życzę sobie was, łachmytów! Trzymajcie się ode mnie z dala, a ja będę się trzymał z dala od wioski! Ciągle mi muszą przeszkadzać…
Ruszył w kierunku domku, mamrocząc coś pod nosem, i otworzył drzwi. Na odchodnym zawołał jeszcze:
– Zjeżdżaj! Bo cię przemienię w wiewiórkę, dzieciaku!
– Nie jestem dzieciakiem! – zawołałam w rozpaczy. – I nie jestem z jakiejś tam wioski!
Człowiek zamarł ze zdumieniem.
– Nie? – Uniósł brwi.
– Nie. Nazywam się Mary Ann i… zgubiłam się. Nie jestem stąd. Nie wiem nawet, co to za miejsce. Czy może mi pan powiedzieć, jak mam się stąd wydostać?
Nieznajomy lustrował mnie z zaintrygowaniem.
– To niebezpieczne miejsce. A ty wyglądasz dość mizernie…
– Racja… Pomoże mi pan? – zapytałam z nadzieją w głosie.
– Właź. – Zaprosił mnie gestem do środka, jego oblicze złagodniało.
Weszłam nieco ostrożnie do wnętrza. W środku było ciepło, sucho i czysto. Pod sufitem wisiały zioła, na kominku płonął ogień, na stole stał kociołek i kilka składników jakiegoś wywaru.
– Rozgość się, Mary! Widzę, że jesteś taka zziębnięta i przemoczona… Ugotuję coś gorącego.
Począł krzątać się przy garnku. Obserwowałam go nieco nieufnie.
– Dlaczego pan zrobił się dla mnie taki dobry? – zapytałam podejrzliwie.
Obrócił się ku mnie.
– Nawet nie wiesz, jakie bestie szaleją teraz na zewnątrz – rzucił. – A skoro nie jesteś stąd, nie ma potrzeby nastawiać się przeciwko tobie i zostawiać na ich pastwę. Co innego ta wioska… Błee!
Warknął coś pod wąsem, po czym nastawił wodę w wielkim kotle. Mimo wszystko nie poczułam, że moje zaufanie względem niego się zwiększyło.
– Popatrz na siebie! – zakrzyknął. – Siadaj do stołu, zaraz zagotuje się woda na kąpiel. Potem pokażę ci, gdzie będziesz spać.
Niespecjalnie spodobał mi się fakt, że ten dziwny, niewątpliwie czarodziejski jegomość tak bardzo chce mi pomóc. Wydało mi się to podejrzane, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie było dla mnie wyjścia.
– Masz, jedz. To skromna zupa z… eee, mięska…
Przeniosłam na niego nieco spłoszone spojrzenie, gdy postawił mi przed nosem glinianą, prostą miskę z czymś dziwnym.
– Wiem, jak to zabrzmi. To zupa z myszy polnych. Nie ma nic innego – rzekł nieco oburzonym tonem, widząc to.
– Przepraszam… – bąknęłam. Zajęłam się jedzeniem, odczuwając burczenie brzucha. Zupa była nieco mdła i żołądek skręcał mi się w mękach, gdy uświadamiał sobie, co trawi. Powstrzymałam jednak malowniczego pawia. W końcu nie z takich rzeczy czarodzieje wytwarzali eliksiry i wywary. Miałam jedynie nadzieję, że nie była zatruta.
– Jak ma pan na imię? – spytałam, gdy nieznośna cisza przerosła samą siebie.
– Dawno nikt nie zadał mi tego pytania – mruknął. – Widzisz, rzadko miewam gości. Nieczęsto widuję ludzi. Ta wyspa jest prawie bezludna, no, może z wyjątkiem tych…
Dalszą treść jego wypowiedzi wymówił podirytowanym warczeniem pod nosem.
– Jestem Mortimer, Mary – wypowiedział w końcu.
– Co pan robi na bezludnej wyspie?
Rzucił mi nieco wrogie spojrzenie.
– Uciekam przed cywilizacją, otóż to. Teraz wszystko wygląda inaczej. Równouprawnienie, phi! Nikt nie pomyśli o tym, że mugo…
Urwał raptownie i zrobił minę, jakby się zapędził. Zmierzył mnie oceniającym spojrzeniem.
– Możesz poczekać w tamtym pokoju, ja przygotuje balię z wodą. – Machnął niecierpliwie w stronę bogato zdobionej, starej zasłony, zasłaniającej jakiś pokój. Udałam się tam, odnosząc wrażenie, że człowiek ma coś do ukrycia.
Odchyliłam zasłonę. W prawie zupełnie ciemnym, malutkim pokoiku stało parę mebli. Wystrój przypominał najbardziej cygański wóz objazdowy. Na gołych ścianach wisiały kolorowe, zakurzone dywany, przede mną stał wygodny, aczkolwiek wysłużony puf. Środek pomieszczenia zawalał okrągły, czarny stolik na krzywych nóżkach, na stoliku dostrzegłam ozdobną lampę naftową, rzucającą czerwony blask zza bordowego szkła. Zauważyłam brak okien.
– Tylko niczego nie ruszaj! To mój pokój! – usłyszałam zza zasłony nieco zaniepokojony krzyk.
Podeszłam do dziwnego obiektu, niedbale wrzuconego między pufa a ścianę. Była to jakby kula magiczna, przyczepiona do stolika. Na ścianie nad nią wisiały jakieś fotografie w kolorach sepii i proporczyk… Slytherinu.
– Przepraszam, mogę wejść?! – podbiegłam do zasłony z entuzjazmem. Skończył Hogwart! Mogłam się tego domyśleć.
Zza kotary usłyszałam huk, potem plusk i głośne „Auu!”, a potem przekleństwo.
– Jasne! Tylko najpierw uprzedź, zanim zaczniesz krzyczeć. Zawału bym dostał…
– Przepraszam… – Odchyliłam kotarę. – Pan skończył Hogwart?
Mortimer popatrzył na mnie z niekłamanym zdumieniem, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy.
– Ja też jestem w Hogwarcie! – oświadczyłam z dumą.
– Naprawdę?! Trzeba było mi od razu mówić, że jesteś czarownicą, nie robiłbym tych cyrków z wypraszaniem cię z pokoju, gdy przenosiłem misę czarami. Cóż, trafił swój na swego! Będzie mi prościej bez kamuflowania się. Powiedz mi, Mary, możesz już czarować?
– Tak, dawno już skończyłam siedemnaście lat.
Nie odparł, wskazał jedynie na misę.
– Kąpiel. Ja pójdę przygotować ci spanie.
– Czy nie sprawiam zbyt wiele kłopotu? – zaniepokoiłam się.
– Nie, ależ skąd! Zawsze pomogę czarodziejowi w potrzebie. A teraz się myj.
Wyszedł. Zdjęłam przemoczone, ubłocone ubranie i weszłam do ogromnej miednicy z przyjemnie parującą wodą. Była odrobinę czerwonawa. Pewnie źródło było zanieczyszczone.
Wyleżałam się w gorącej wodzie, aż mnie głowa rozbolała. W końcu zarzuciłam na siebie prostą, lnianą szatę, którą Mortimer mi przygotował, i weszłam do malutkiej izby. Była całkiem podobna do tego, w którym odkryłam proporzec.
– Tu będziesz nocować. – Mój gospodarz wskazał na pufa okrytego prostym, kolorowym kocem. – Nie przejmuj się wyciem i jazgotem zza ścian, a także burzami i deszczem. To bardzo niespokojne miejsce. Dobranoc.
Wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą z wygodnym pufem. Zza ściany dobiegł mnie straszny, chrapliwy skowyt i warczenie. Włos zjeżył się na karku, strach spotęgowało poczucie samotności i ciemności.
Ułożyłam się na pluszowym pufie i przykryłam pledem. Dlaczego ten człowiek postanowił mi pomóc? Wyglądało to na zwykłą gościnność. Czarodziejską solidarność. Nie ma się czym przejmować.
Udało mi się odgonić nieprzyjemne rozmyślania i zapadłam w twardy sen.
Krzyki. Pełne przerażenia.

3 komentarze:

  1. Rozdział świetny, w napięciu czekam na ciąg dalszy. Mam jakieś przeczucie, że Meg nie dołączy do tego kolegi swojego ojca ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak chciałam przeczytać historię od nowa, będąc w podróży, a tu zonk ;o nie ma drugiego rodziału :c

    OdpowiedzUsuń
  3. No! I to jest lepsze niż jakaś praca na roli :) Lubię To! <3 Kiedy nowy rozdział? :p
    Luella

    OdpowiedzUsuń