Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

piątek, 2 października 2015

14. Jesienna melancholia?

W końcu nadszedł listopad, przynosząc krótkie, zimne, mgliste i melancholijne dni. Zaczęłam łapać się na różnych dziwnych rozmyślaniach. Zawsze ta pora roku przynosiła mi chandrę, teraz nie było inaczej. Tylko dlaczego tak bardzo lubiłam jesień? Może dlatego, że od zawsze byłam raczej typem samotnika i zazwyczaj odgradzałam się od ludzi mniej lub bardziej na czas tej pory roku. Kochałam spacerować samotnie, tylko ze sobą, po mokrych liściach i kontemplować ołowiane chmury, szybko płynące po niebie, ogarniała mnie wtedy jakaś przyjemna tęsknota.
Ludzie potrafią ranić, nawet swoją obecnością, dlatego czasem lepiej jest być od nich jak najdalej. Ostatnio raniła mnie tak obecność pewnego Gryfona…
… Piękne wrota. Stoję tuż, tuż, jeszcze krok, a dotknę mosiężnej klamki. Tylko czemu nie mogę zrobić tego kroku? Rozejrzałam się powoli, z jakimś trudem.
Przez gęsto rosnące, soczyście zielone liście przebijał się złocisty blask, jego promień był jakby zamglony. Wszystko naokoło spowijała ta dziwna, złocista, gęsta mgła. Widziałam tylko mnóstwo jasnych liści, ową mgłę i złotą bramę, porośniętą bluszczem, którego kaskady spływały aż do ziemi. Mgła z każdą chwilą przybierała na sile. Ale ja nie chcę, ja MUSZĘ przejść przez tą bramę, za nią jest przecież…
– Wstawaj, leniu!!!
– Lily, co ci odwala? – wymamrotałam niezbyt przytomnym tonem.
Lily z lubością i śmiechem wskoczyła na mnie i połaskotała w bok. Nie miałam tam łaskotek, ale każdego, nawet martwego trolla, obudziłby jakiś wrzeszczący mutant, który zaczyna po nim skakać.
– Dziś jest sobota! Pierwszy wypad do Hogsmeade! Szybko! La la la!…
Lily zaczęła wyć jakąś piosenkę i ruszyła piruetem do komódki po szczotkę do włosów.
Wbiłam wzrok w baldachim. Miałam taki niezwykły sen. Tylko czemu go nie pamiętam? Ciągle w mojej świadomości, niczym echo, odbijała się jakaś dziwna tęsknota, ale nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, co mi się śniło. Intrygujące…
– Aguamenti!
CHLUST!
– LILY!!! ZAMORDUJĘ CIĘ!!!
Cała mokra wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, a Lily śmiała się, chowając różdżkę, którą właśnie sprawiła mi lodowaty prysznic. Miała niebezpiecznie wyśmienity nastrój.
– CHCESZ, ŻEBYM DOSTAŁA APOPLEKSJI?!
– Trzeba cię było trochę rozbudzić. A teraz ubieraj się i zabieraj formularz i kasę na różne przyjemności! Ta bluzka nie, ta jest jakaś taka dziwna… O , to jest niezłe…
Po chwili dopiero do mnie dotarło, co Lily robi.
– Lily, co ty wyrabiasz?
– Wybieram ci ciuchy – odparła niewinnie, unosząc brwi w zdumieniu, iż ośmieliłam się zwątpić w cudowność jej czynów.
– Nie znoszę, gdy ktoś grzebie mi w rzeczach. W dodatku zrobiłaś mi bałagan! Sama wybiorę, co mam na siebie włożyć! Suń się...
Delikatnie odciągnęłam ją od kufra i czym prędzej wybrałam jakieś ubrania. Jakoś nie miałam ochoty się specjalnie stroić.
Wyruszyłyśmy razem na śniadanie do Wielkiej Sali. Po drodze nie było żadnych trudności (czytaj Huncwotów), więc po kilku minutach drogi Lily nakładała sobie kiełbaski, a ja wpatrywałam się tępo w tosty.
– Nie jesz? – zapytała ze zdziwieniem.
– Ostatnio nie mam apetytu… – rzuciłam niedbale.
Lily jednak nie spodobało się takie wyjaśnienie i siłą łagodnej perswazji wmusiła we mnie jakieś losowe jedzenie, po czym ruszyłyśmy do wyjścia.
Na dziedzińcu było zimno i ponuro, ale nie padał deszcz. Mój ukochany, czyli Filch, stał przy wyjściu i sprawdzał formularze.
– O nie! Zapomniałam mojego formularza! – zawołałam, gdy go zobaczyłam.
– Przypominałam ci o nim. Co z twoim mózgiem, Mary Ann? – parsknęła Lily.
– Widzisz, nie budź mnie tak na drugi raz, bo to mu nie służy. – Popukałam się w głowę knykciami i popędziłam do dormitorium.
Hogwart znałam już trochę, więc dopadłam do Grubej Damy, wydyszałam hasło i złapałam formularz. Stresując się tym, że Filch się znudzi sprawdzaniem formularzy i sobie pójdzie do swej nory, śpieszyłam się, jak tylko mogłam.
Oparłam się o postument jakiegoś popiersia w drodze powrotnej, gdy już płuca prawie uschły z braku tlenu. Nagle…
– Aua!
Oberwałam mocno czymś w głowę. Rozejrzałam się dookoła, gotowa udusić sprawcę, albo pociąć formularzem. Zauważyłam tylko dziwnego, przezroczystego człowieczka, unoszącego się kilka cali nad ziemią. Wyglądał co najmniej śmiesznie, niczym jakiś pajac. Już miałam się parsknąć, gdy odeszła ode mnie ochota do śmiechu. Człowieczek ów przyłożył rurkę do warg i strzelił we mnie szklaną kulką.
– Przestań! – krzyknęłam, skonsternowana i zezłoszczona.
– A czemu? – zaskrzeczał złośliwie w odpowiedzi i strzelił trzema kulkami naraz.
– Odczep się! – Nie wiedziałam kompletnie, co mam robić. Uciekać? Wezwać kogoś? Zabić gołymi rękami? – Czemu mnie atakujesz?! Chcesz oberwać?
– Ojojoj, co za groźna dziewczynka! – zaśmiał się złośliwie. – Ciekawe, co zrobi, gdy…
– Wadiwassi!
Człowieczek z wrzaskiem odleciał, bo wszystkie jego wystrzelone dotychczas kulki podleciały do niego i zaczęły go okładać, gdzie popadnie.
– Kocham tę sztuczkę, chyba już zawsze będę ją wypróbowywał na Irytku! – usłyszałam tryumfalny głos mojego bliźniaka i odwróciłam się w tamtą stronę.
Korytarzem szli wszyscy Huncwoci, pod pachą Jamesa dyndał ten dziwaczny płaszcz, który widziałam tamtej nocy, gdy dostałam szlaban i kłóciłam się z Blackiem.
– Zrobił ci coś? – zapytał Remus, a ja wzruszyłam ramionami.
– Tylko zdenerwował. To był ten sławetny Irytek?
– Tak. Niezłe z niego ziółko, ale i tak drugie w hierarchii szkolnych ziółek. – James wyszczerzył zęby.
– Sugerujesz, że to wy zajmujecie szczyt na piedestale?… – sarknęłam, unoszcząc brew, a potem wskazałam kiwnięciem głowy w kierunku płaszcza. – Gdzie z tym idziecie?
– Do Hogsmeade – odparł natychmiast Rogacz.
Popatrzyłam podejrzliwie na wszystkich.
– A po co wam ten płaszcz?
– Wiesz, Remus lubi sobie poskakać z wieży najwyższego budynku ze spadochronem w wolnych chwilach – palnął James i zwrócił się do Blacka – Tak to się nazywa, tak?
– A skąd ja ma wiedzieć? – żachnął się Black. – Czy ja jestem jakiś słownik?
– Wiesz, jakby ci to powiedzieć…
– Po prostu ty, Syriuszu, łazisz na to mugoloznastwo i mógłbyś coś z tych lekcji wynosić… – mruknął Remus, zerkając z lekkim politowaniem na kumpla.
– Dobrze wiesz, że nie robię tego dla nauki, tylko chcę dokuczyć matce – burknął Black. – Zresztą… nie ma to jak motocykle…
– No dobrze, ale po co wam ten płaszcz? – powtórzyłam, nieco zirytowana. Byłam ciekawa, czemu nas wtedy ochronił przed Filchem.
– No więc… – zaczął James. – No dobra. Ufam ci. To peleryna-niewidka, a…
Napotkał wzrokiem na zezłoszczoną twarz co niektórych kompanów. Widać, był to wielki sekret. James posłał Blackowi przepraszający garnitur zębisk i dokończył myśl:
– …a reszty się domyśl! Buziaki!
Huncwoci poszli w swoją stronę, zostawiając mnie pełną podejrzeń. Ciekawe, po co chowają się pod peleryną-niewidką podczas dozwolonego, oficjalnego wyjścia do Hogsmeade...
Powlokłam się korytarzem za nimi i po kilku minutach stałam obok Lily.
– Co tak długo? – zapytała. – Już się zmartwiłam, że się zgubiłaś...
– Eee, tak było… – skłamałam szybko dla wygody.
– Ważne, że się odnalazłaś. No to chodźmy…
Po chwili już biegłyśmy zboczem ku bramie Hogwartu.
Gdy nasze stopy stanęły na brukowanej uliczce, już wiedziałam, że jest to jedno z tych tajemniczych, wspaniałych miejsc, które odkrywałam w świecie magii. Ulica główna w Hogsmeade nie przypominała zatłoczonych ulic Londynu, ciasnych, zatęchłych uliczek Wenecji, czy uklepanych dróg w Kongo. Najbardziej kojarzyła mi się z ulicą Pokątną, brukowana, ale czysta. Budynki były starodawne, wiktoriańskie, nieco mroczne i tajemnicze. Stały tu stare, porośnięte bluszczem latarnie, zgaszone w dzień. Zabudowania stały przy sobie ciasno, odgradzane niekiedy poszarzałym ze starości płotkiem. Ściany budynków były z kamienia, drewniane okiennice poozdabiano. Kolorowe wystawy przyciągały wzrok przechodzących uczniów. Wiszące szyldy kołysały się na świszczącym, jesiennym wietrze, skrzypiąc. Egzystowała tu jakaś groteskowa radość: na jednej z wystaw tańczył kościotrup, inny sklep wydawał mi się straszliwie ponury, dopóki ktoś nie roześmiał się radośnie w ciemnym wnętrzu. Ulica pomimo ciemnych, ołowianych chmur pędzących szybko nad tym wszystkim, wydawała się pełna życia i przytulna. Ulica z innego świata…
 – Chodź, musimy wejść do Miodowego Królestwa! – Lily pociągnęła mnie za rękę z radością i weszłyśmy do zatłoczonego, bardzo kolorowego sklepu. Jadłam w mym czternastoletnim życiu mnóstwo różnych słodyczy. To, czego spróbowałam w Miodowym Królestwie, biło wszystko inne na głowę. Nawet Fasolki wszystkich smaków, które kiedyś kupił mi tata, nie były tak niezwykłe. Najbardziej smakowały mi cukrowe myszy, więc kupiłam całe pudełko i razem z Lily poszłyśmy w dalszą drogę.
– Teraz zobaczysz Trzy Miotły. To super miejsce, napijesz się kremowego piwa, ono bardzo rozgrzewa… – wyliczała Lily z wypiekami na twarzy.
– Piwa? Chyba się przesłyszałam, mam dopiero czternaście lat… – zdziwiłam się.
– Nie, to piwo jest dozwolone, bo jest bardzo słabe… Podejrzewam, że w ogóle nie ma alkoholu… Ale jest pyszne!
Weszłyśmy do głośnego pubu i usiadłyśmy przy stoliku. Było tu bardzo gorąco, tłum ledwo mieścił się w środku. Przypominało to starodawną tawernę.
– Poczekaj, zamówię piwo…
Lily podeszła do lady, a ja wbiłam wzrok w zaparowane okienko, uśmiechając się do siebie z jakiegoś powodu.
– No no. Kogo my tu mamy…
Obok mojego stolika stłoczyła się niewielka grupka Ślizgonów, w tym blond-przylizaniec. Patrzyli na mnie z wyraźnie nieprzyjaznymi zamiarami. Spięłam się i rzuciłam nerwowe spojrzenie w stronę Lily. Nic nie zauważyła, wciąż stercząc przy ladzie.
– Czy to nie ty doniosłaś na nas do dyrekcji? – zapytał cicho blondyn.
– A dlaczego miałabym to niby robić? Czyżbyście coś przeskrobali? – odparłam wojowniczo, ale głos odmówił posłuszeństwa i zadrżał.
– Ja tu zadaję pytania – wycedził blondyn ordynarnym tonem.
– Nie masz dowodów – syknęłam chłodno. „Sprytni są”, pomyślałam „Jest tu tyle ludzi, ze nikt nie zwróci na nas uwagi…”. – Spadajcie. Bo kogoś zawołam.
Uśmieszki wykrzywiły ich usta.
– Nie sądzę – wyszeptał blondyn, po czym chwycił mnie mocno za nadgarstek i przygwoździł do stołu. Bolało, bo wykręcił mi rękę. Jego świta zasłaniała tą scenę przed innymi klientami pubu. Ja i blondyn mierzyliśmy się nienawistnymi spojrzeniami. Cała twarz rozgorzała mi z wściekłości, wstydu, stresu, nienawiści.
– Ten głupi dzieciak dostał za swoje donosicielstwo – syknął blondyn mściwie. –Wyciągnęliśmy od niego właściwe informacje, bo taki tchórz, jak on, nie doniósłby sam. Bardzo nam to pomogło ciebie odnaleźć…
– Josh nie jest tchórzem! Jest w Gryffindorze, domu odważnych. A wy, Ślizgoni, jesteście śmierdzącymi, tchórzliwymi gnojkami!
Nacisk na mój nadgarstek się wzmocnił. Czułam, że ta sytuacja mnie przerasta.
– Uważaj na słowa… – wycedził blondyn.
– Puść mnie, kretynie! – powiedziałam ostrzegawczo, podnosząc głos, by sąsiedzi zainteresowali się nami. Blondyn puścił, a ja wstałam, by się z nimi zrównać. Nie czułam się najbezpieczniej, gdy nade mną stali.
– Bądź pewny, że Dumbledore usłyszy o tym, co robicie Joshowi – wyszeptałam złowrogo, bo przez lekką warstwę dyskomfortu i strachu przebijała się coraz mocniej niekontrolowana wściekłość i poczucie niesprawiedliwości.
Kilka stolików przyglądało nam się z napięciem. W pubie zrobiło się troszkę ciszej. Nawet Lily ruszyła ku nam, by przegonić moich rozmówców.
Blondyn przysunął bliżej swą twarz i wycedził złośliwie:
– Proszę bardzo. Jak chcesz stracić te tragiczne kudły z mojej ręki... Chętnie je podpalę, jeśli nadal będziesz fikać i nawet twój chłopak, Potter, cię nie uratuje.
Parę osób parsknęło. Blondyn uśmiechał się tryumfalnie, widząc moją minę.
Z początku zrobiło mi się okropnie przykro i to mnie trochę przytkało. Ale powoli, z siłą tsunami, uderzyła we mnie fala wściekłości. Gdyby to przytrafiło mi się innego dnia, tygodnia, po prostu zignorowałabym gościa i sobie poszła... Ale nie teraz, kiedy mój humor sam gdzieś się udał i nie raczył wrócić już od dawien dawna. W każdym razie, coś pękło.
Wyciągnęłam różdżkę i wykrzyczałam pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mi do głowy:
– Aguamenti!
Fala spienionej wody uderzyła w zdumionych Ślizgonów, zmiatając ich z nóg. Cała grupa runęła z wrzaskiem plecami do tyłu na pobliskie stoliki, przewalając wszystkie w czambuł, a klienci siedzący przy nich uciekli czym prędzej we wszystkie strony. Zatrzymałam dziki strumień, i wkurzona, jak rzadko kiedy, wypadłam z Trzech Mioteł.
– Meg! Meggie!!! Zaczekaj!
Lily biegła za mną kawałek, ale po chwili stanęła.
Wpadłam do Hogwartu jak piorun kulisty. Po drodze trochę już ochłonęłam, jednak ludzie patrzyli na mnie, jakby się obawiali o własne życie i schodzili mi z drogi automatycznie.
Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek była w takiej wściekłości. Nie chodziło tylko o Ślizgonów, chociaż oni z pewnością przechylili szalę. Powoli przez emocje przebijało się pytanie: co się właściwie dzieje? Dlaczego aż tak mnie rozzłościli?
Biegłam tam, gdzie mnie nogi poniosły, nie zastanawiając się nad drogą...
– Ha ha, Smarku, teraz przypominasz nietoperza jeszcze bardziej!
Zatrzymałam się na rozwidleniu korytarzy, wpadając prosto na dziwaczną scenkę.
Przy jednej ze ścian stało trzech Huncwotów: James i Peter ryczeli ze śmiechu, a Remus coś czytał, zerkając co jakiś czas z pewną niepewnością na to, co działo się na środku.
Naprzeciw nich, przy drugiej ścianie stał Black, trzymając różdżkę i kierując jakąś bezwładną kukiełką, która okazała się być Snape’em. Snape robił młynki i inne dziwne wariacje w powietrzu, raz po raz uderzając w jedną ze ścian, lub w sklepienie. Jego różdżka leżała na ziemi…
Cienka błonka hamująca złość poszła w drzazgi. Dopadłam do tamtego czarnowłosego idioty i z całej siły walnęłam go w twarz otwartą ręką. Blacka zagipsowało z szoku, a Sev upadł na ziemię i leżał tam, przyglądając mi się zaskoczony. Huncwoci zamarli, nie wiedząc, co robić.
– Słuchaj, deklu – wycedziłam i złapałam go z przodu za szatę, przysuwając jego twarz do mojej. Nawet się nie wyrywał, tylko wytrzeszczał oczy, skonternowany. Chyba uznał, że lepiej siedzieć cicho. – Jeszcze raz zrobisz to Severusowi, to tak się policzymy, że cię będą musieli wykastrować. Zrozumiałeś, palancie?
Black był w tak głębokim szoku, że nawet nie zareagował. Puściłam go, posłałam pogardliwe spojrzenie innym i szybko odwróciłam się na pięcie, po czym odeszłam do dormitorium.
Żeby dać upust swojej wściekłości, kopnęłam kilka razy kufer i dwa razy łóżko i raz komodę, ale to nie pomogło. Gdy już się zmęczyłam, opadłam na łóżko.
Od rana dokuczał mi ból brzucha i teraz uderzył z podwójną siłą. Zwinęłam się w kłębek, przyjmując kolejne fale skurczów, które jeszcze pogorszyły nastrój.
Nie wytrzymałam w bezruchu, bo za bardzo skupiałam się na bólu miesiączkowym, i podeszłam do kalendarza. Była połowa listopada.
Jak miło byłoby się komuś wyżalić... Na przykład rodzicom w liście. Spytać, czy też tak czasem się czując, że nawet najmniejsze wydarzenie powoduje u nich wylanie emocji.
Lily długo nie wracała z Hogsmeade. Trochę ochłonęłam i napisałam długi list. Trafiłam bez trudu do sowiarni, bo bywałam tam często ostatnimi czasy.
Wysłałam list i oparłam się o kamienną okiennicę, odprowadzając wzrokiem sowę.
Dlaczego chce mi się płakać? Dlaczego? Przecież mam tu wszystko. Nawet w nauce sobie radzę! Więc o co chodzi? Może...
Drzwi sowiarni otworzyły się i do kamiennego pomieszczenia wszedł James Potter.
– Meggie? – zagadnął niepewnie, podchodząc bliżej. – Nie bój się, mnie się podobało to przedstawienie ze Snape’em, tylko Syriuszowi trochę mniej, ciekawe, dlaczego…
Spojrzałam na niego wrogo, ale łzy same się wydostały, chociaż ich nie zapraszałam. Rogacz podbiegł do mnie i stanął naprzeciw, nie wiedząc, co robić.
– Co się stało? – zapytał, siląc się na ciepły, uspakajający ton. – No już, wszystko będzie okej, Łapa cię nie zabije, przynajmniej na razie… Nie, wiem, jestem okropny…
– Nie o to chodzi – oznajmiłam wyniośle, udając, że nie mam łez na policzkach. – Jestem zła i tyle. Mam powody... tak sądzę.
Przerywającym się głosem opowiedziałam mu zdarzenie w Trzech Miotłach. Przyglądał mi się niepewnie i z zatroskaniem, by po chwili położyć swoją dłoń na moim ramieniu.
– Będzie dobrze, zobaczysz – stwierdził hardym tonem. – Nie można się załamywać! Jutro spiorę ich wszystkich na kwaśne jabłko, jeżeli chcesz, albo podpalę spodnie Gwidona na jego szacownym zadzie. Ze Ślizgonami można robić tyle ciekawych rzeczy! To moje ulubione ruchome cele…
Mimo paskudnego humoru parsknęłam, a James zamilkł i staliśmy tak w ciszy przez minutę, nie wiedząc, co powiedzieć.
– No, muszę pędzić do moich towarzyszy niedoli – powiedział dziarskim tonem. – Może pójdziesz do biblioteki? Tam znajdziesz jakąś ciekawą książkę, rozerwiesz się trochę… Chodź… A, masz chusteczkę…
– Nie potrzebuję twoich chusteczek. – Zmierzyłam go taksującym spojrzeniem. – To tylko kilka kropel.
James wyczarował chustkę mimo to i poprowadził mnie do wyjścia.
W bibliotece usadził mnie gdzieś na tyłach i rzucił:
– Poczekaj tu, znajdę ci coś super…
James nagle zatrzymał się w pół drogi, jakby coś analizując, po czym podjął wędrówkę w stronę regałów swym krokiem wesołka.
Czekałam dość długo, zwijając się co jakiś czas z bólu promieniującego z podbrzusza, ale w końcu przyszedł Rogacz, niosąc jakąś zakurzoną książeczkę, więc udałam, że jest dobrze.
– To jest NAPRAWDĘ świetna książka – szepnął, przyglądając mi się uważnie. – Zobaczysz. Tylko weź ją do pokoju i czytaj po trochu codziennie. Nie powinnaś przeczytać jej za jednym zamachem. Zresztą, sama skumasz...
Patrzył na mnie bystro, po czym raptownie wywalił cały garnitur zębów.
– No, to miłej lektury, Meggie!
– Pa, Rogaś!
Uśmiechnął się do mnie tajemniczo i odszedł, machając mi jeszcze na pożegnanie.
Książka była bardzo stara i zapomniana, chyba niezbyt używana przez uczniów Hogwartu. Nawet nie mogłam odczytać tytułu. Zamiast tego musiałam zadowolić się prologiem:

„By stać się animagiem, potrzeba wielu, często bezowocnych treningów. Animag to czarodziej, który może zamienić się w wybrane przez siebie zwierzę, ale TYLKO wtedy, gdy opanuje tę sztukę do perfekcji. To niebezpieczna i zdradliwa dziedzina magii. Animagowie są bardzo czujnie monitorowani przez Ministerstwo, które obserwuje całą transformację. Obecnie…”

Przerwałam. Co za sztuka, umieć zamieniać się w zwierzę, niesamowite… Można by uciec od ludzi, w ogóle zrezygnować z człowieczeństwa, gdyby ktoś chciał…
Do głowy zapukała pewna myśl: po co James chciał, bym czytała tą książkę? Dał mi do zrozumienia, żebym powoli, dokładnie czytała... To miała być taka aluzja do tego, bym została animagiem? Ale przecież miałabym na głowie całe Ministerstwo, ćwiczenia, a już tyle mam nauki, zresztą, gdyby to było takie proste, uczylibyśmy się tego tutaj...
     Znowu coś mi przyszło do głowy: James Potter nie wygląda na takiego, który by się tym przejmował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz