Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

środa, 16 grudnia 2015

26. Znowu Hogwart

Gdy rano wkroczyłam z Lily do Wielkiej Sali na śniadanie, skojarzyło mi się to z wejściem do ula. Cała szkoła wciąż żyła wczorajszym wydarzeniem. Usiadłyśmy, nieco rozkojarzone tym całym ambarasem. Sufit nad naszymi głowami wcale nie polepszył mi dziwacznego poczucia, że coś wisi nad nami, gdyż był ciemnoszary.
Westchnęłam ciężko. Puściłam mimo uszu dziki ryk Jamesa gdzieś z lewej, ignorując skonsternowany wzrok Lily. Wsypałam sobie do miski z mlekiem trochę płatków i zaczęłam jeść. Cóż, nie tak wyobrażałam sobie powrót do Hogwartu, ale i tak wszystko powoli wróci do normy, oby…
– Oto plany… – McGonagall podała mi zwinięty w rulon kawałek pergaminu, a ja niechcący wpakowałam sobie rękaw długiej szaty do mleka z płatkami. Klnąc zawzięcie, próbowałam jakoś wyżąć rękaw, ale na próżno, tylko pomoczyłam dłoń. Lily zauważyła, że raczej nie zerknę co mamy pierwsze, więc sama to zrobiła.
– Hmm, wróżbiarstwo. Ze Ślizgonami…
– Świetnie! – warknęłam pod nosem.
Jakby tego było mało, w moim śniadaniu wylądował właśnie zwinięty w rurkę „Prorok Codzienny”. Lily natychmiast pochwyciła gazetę i rozwinęła, omijając fakt, że papier jest mokry od mleka. Zrezygnowałam z moich płatków, w których tego ranka wylądowało kilka naszpikowanych bakteriami przedmiotów i zabrałam się za tost, odczuwając nieprzyjemny dotyk wilgotnego rękawa.
– Patrz… – Lily podała mi gazetę, a ja spojrzałam od razu na pierwszą stronę. Rozdziawiłam buzię i wytrzeszczyłam oczy.
– Hmm, z tą twarzą mogłabyś występować w programie radiowym „Trolle górskie też chcą tolerancji”, słonko…
Odchyliłam głowę do tyłu.
– Nie bądź taki do przodu, Black i spójrz czasem w lustro, to cię może trochę sprowadzi na ziemię… Zresztą, nie musisz się chwalić, że słuchasz programów, które cię bardziej dowartościowują, sprawiają, że czujesz się lepiej uplasowany i potrzebny społeczeństwu… Czego chciałeś?
Syriusz nie przejął się zbytnio kąśliwą uwagą na swój temat, za to zaczął konsekwentnie jeździć jednym butem po posadzce.
– Twój brat wysłał mnie do ciebie, byś nie zapomniała, że macie podręczniki na spółę, więc masz na niego czekać w bibliotece z lekcjami, bo po zajęciach planuje odrabianie pracy domowej, tak dla odmiany…
– Powiedz mu, żeby się wypchał – mruknęłam krótko, a Black uniósł brew i kiwnął z uznaniem głową, po czym odszedł sprężystym krokiem w stronę swych ziomków, przyciągając spojrzenie połowy stołu Gryfonów (tej żeńskiej).
Wróciłam do gazety. Tytuł na pierwszej stronie głosił: „Niespodziewany atak na ekspres Londyn-Hogwart.”
Zabrałam się do czytania, gdy tylko odnalazłam właściwą stronę.
No cóż, artykuł nie oddawał w pełni tego, co działo się w pociągu, ale to oczywiste – przecież nie było tam dziennikarzy. Znajdował się tu króciutki opis zdarzenia, opinie sławnych osób (w tym samego ministra) i kilka sugestii. Zatrzymałam się na dłużej przy takich zwrotach, jak: „Nieznani sprawcy…”, „Nie potrafimy zlokalizować i zdefiniować, kto mógł być agresorem”, „Zaklęcia bardzo niebezpieczne, czarnomagiczne”. Czy oni nie wiedzieli, że to mogli być ci ludzie, o których mówił Syriusz? Czy mógł się mylić?
Moją uwagę przykuła wypowiedź Dumbledore’a: „Być może to było wyłącznie ostrzeżenie, a sprawcy wcale nie chcieli zabić, ale wyłącznie przestraszyć. Zaznaczyć, że wciąż gdzieś tam są i czekają na odpowiedni moment, by dać o sobie ponownie znać, ale tym razem nie będzie to straszenie niewinnych uczniów…”.
– Chodź, Sev już tam prawie usnął przy tych drzwiach… – Lily wyrwała mnie z pełnego zatrwożenia transu. Dokończyłam więc śniadanie, dopiłam do końca sok dyniowy i razem z przyjaciółką udałyśmy się w stronę czarnowłosego Ślizgona.
– Hej, to co, idziemy? – powiedziałam na powitanie.
– Taa… – mruknął pod nosem Severus, rozglądając się ponuro po otoczeniu.
Wdrapaliśmy się więc na sam szczyt wieży, gdzie odbywały się zajęcia. Cudnie było przejść znowu cały Hogwart, stęskniłam się za nim…
Stanęliśmy razem pod klapą w suficie, z której zaraz miała zjechać mosiężna drabinka, prowadząca do nietuzinkowej klasy Trelawney. Lily westchnęła głucho.
– Nie chce mi się znowu słuchać tej Trelawney, wróżbiarstwo jest naprawdę nie dla mnie… – mruknęła. – Zawsze odpływam w swój świat. Zresztą… nie jest, według was, trochę przerażająca?
– No co ty, Evans, przecież Kasandra jest taka… sexy!
To był, rzecz jasna, Rogaś, który razem z pozostałą bandą szedł krok za nami. Syriusz, który do tej pory miał wyraz twarzy pasujący do określenia: „jestem tak zblazowany, że już się bardziej nie da”, wykrzywił buźkę z odrazy i rzucił:
– No co ty, ona ma chyba z osiemdziesiąt lat… Utopiłbyś się w jej zmarszczkach…
– No właśnie! Stara, ale jara, młody! – zawołał James z mocą.
– Wiesz, kogo ona mi przypomina z twarzy? Buldoga! – parsknął Lunatyk.
– Ha, dobre! – szczeknął Syriusz.
– Dziwne skojarzenia. – James zmarszczył brwi. – Gdy ją po raz pierwszy zobaczyłem, pomyślałem: „No nie! Bardziej podobna do Łapy, niż on sam do siebie! No ni różnicy nie znajdziesz!”.
Klepnął Syriusza w plecy z całej pary, a tamten mu odwinął, Rogaś kopnął go w czułe miejsce i rozgorzała walka, oczywiście na niby.
– Ja też chcę! Też chcę się lać! – wrzeszczał dziko Peter, podskakując w miejscu z podniecenia.
– Co najwyżej się zlać! – zawył Black, gdy tylko zaczerpnął odrobiny tchu. Peter przestał skakać, wziął potężny rozpęd i zwalił się całym cielskiem na kumpli. Obaj stęknęli z bólu, Remus stał nad nimi z surową miną, groził im palcem i coś mówił, ale nikt go nie słuchał. Ludzie stali naokoło i kibicowali, a ja, Sev i Lily wycofaliśmy się z tego kotła pod ścianę.
– Kiedy wreszcie wydorośleją? – westchnęła Lily ze znużeniem. – Ten Potter…
Kątem oka zobaczyłam, że Sev się wyprostował. Uniosłam brew ze zdziwieniem. Tymczasem bohaterscy rycerze wstali z podłogi, ogłaszając wszem i wobec, że walka dobiegła końca. Tłum powoli się rozchodził, a klapa otworzyła się, po czym mosiężna drabinka subtelnie zjechała na dół.
– Ożeż, ty…
Ktoś zawył, a potem zarzucił takim bluzgiem, że połowa korytarza odwróciła rozbawiony wzrok. Okazało się że drabinka wyrżnęła w Syriuszowy, głuchy czerep. Zataczał się teraz na środku, trzymając za głowę i klął tak płynnie, że aż mnie zatkało, iż znał takie sformułowania. A James obok niego dosłownie leżał na ścianie ze śmiechu i sikał.
– Dobra, starczy tego ubawu, ale się uśmiałem, boki zlewać! – warknął Łapa do Jamesa, kończąc swój kulturalny monolog, po czym wdrapaliśmy się na górę całą klasą. Usiadłam tradycyjnie z Jamesem, bo Lily i Sev zawsze siedzieli razem na wróżbiarstwie.
– Dzień dobry, drodzy uczniowie! – usłyszeliśmy skrzek Kasandry, która kiedyś, z tego co słyszałam, była rzeczywiście jasnowidzącą, ale obecnie jej mózg przypominał zapewne szwajcarski ser. – Jak zapewne już wiecie, w tym roku czekają was sumy, a jeśli chodzi o mój przedmiot, to naprawdę są wyjątkowo trudne. Nie da się nauczyć tak subtelnej sztuki, jaką jest…
Rogaś jeszcze dusił się ze śmiechu, dopóki mu się nie znudziło i dmuchanie mi w ucho pochłonęło całkowicie jego uwagę.
– James, urządzę ci pranie twarzy, jeśli się nie uspokoisz… – zagroziłam mu znudzonym tonem, gdy już się zrobiło to naprawdę denerwujące. James zrobił minę bezdomnego psa, na którego ktoś nakrzyczał za to, że oddycha, po czym uśmiechnął się szczerze i położył brodę na moim ramieniu, wtulając twarz w moje loki i szyję.
– Skąd ta czułość? – zapytałam, odczuwając niezręczność.
– Bo cię lubię… – ozwał się mocno znudzony głos, tłumiony moimi włosami. Rogacz nie odezwał się więcej i do końca lekcji pozostał w takiej pozycji. Kiedy wreszcie skończyła się Zlewka Na Maksa, cała klasa Gryfonów udała się na zajęcia obrony przed czarną magią z wielkim entuzjazmem.
– Ciekawe, jaki będzie ten nowy nauczyciel! – wyszeptała do mojego ucha Alicja, a ja przytaknęłam, podpisując się tym samym pod jej zafrapowaniem.
Weszliśmy do sali i każdy porozsiadał się tam, gdzie chciał. Ostatnio, w zeszłym roku uczył nas Flint, staruszek, który przybył tu tylko na rok, więc wszyscy byli ciekawi, jak duża zmiana się szykowała. Ja i Lily usiadłyśmy razem, w trzeciej ławce i z napięciem kontemplowałyśmy drzwi, przez które miał za chwilę wejść nasz przyszły oprawca, lub przyjaciel.
– Witajcie – usłyszeliśmy gdzieś na prawo stłumiony, spokojny tenor.
Pana Wildera nikt wcześniej nie zauważył, bowiem wygrzebywał coś spod katedry. Wyprostował się, omiótł spojrzeniem całą klasę, siedzącą, jak na jeżu i uśmiechnął się pod nosem.
– Mam nadzieję, że nie jestem aż taki przerażający, bo, wnioskując po minach co po niektórych, pomyślałbym, iż się mnie boicie, czy coś…
Klasa trochę rozluźniła się po jego słowach. Nauczyciel sprawdził listę obecności, dokładnie przyglądając się każdemu z nas, a potem machnął czarną różdżką w stronę tablicy.
– Standardowe Umiejętności Magiczne, czyli SUM-y. Czekają was w tym roku. Liczę, że przyłożycie się do nauki, bo obrona przed czarną magią jest istotna. Nawet bardzo. I nie mówię tu tylko o dobrze zdanych egzaminach, czy drodze do osiągnięcia upragnionej pracy. Mówię o waszym bezpieczeństwie. Tu możecie co najwyżej otrzymać szlaban za złe zachowanie, ale poza szkołą… tak, tam jest już nieco inaczej…
Lekki skurcz przebiegł przez jego młodą twarz. Rozejrzałam się. Lily i Alicja wpatrywały się w niego z uwielbieniem, które całkowicie pochłaniało ich uwagę. Wilder zdawał się tego nie widzieć i kontynuował dalej:
– Dlatego w tym roku przypomnimy sobie bardzo krótko materiał z ostatnich czterech lat, a potem cały nasz czas pochłoną zaklęcia obronne. Będziemy je ćwiczyć do perfekcji, chcę, abyście byli przygotowani na hmm… No, nie chcę was straszyć, ale przecież sami wczoraj widzieliście, co się działo…
– Panie profesorze? – Alicja podniosła rękę.
– Panna… – Wilder zerknął do listy i zanim zdążyła odpowiedzieć, mruknął. – Silverwand, tak? Słucham?
– Czy wie pan, kto nas zaatakował? – szepnęła nieśmiało, zaskoczona jego dobrą pamięcią.
Wilder zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem, jakby się zastanawiał, a ona spuściła wzrok.
– Hmm, opinie są różne… – odparł wymijająco, skubiąc ciemny zarost. – Panuje powszechnie przyjmowana opinia, że to byli zwolennicy Grindelwalda, by zemścić się na Dumbledorze… Znacie tę historię?
Pokręciliśmy wszyscy głowami, na znak, że nie.
– No cóż… Jest to grupa ludzi, która stara się realizować jego założenia.
– A pan się z tym zgadza? – zapytał niespodziewanie James.
– Nie będę podważał opinii publicznej w tej kwestii, panie Potter – odparł z lekkim uśmiechem, po raz kolejny wywołując podziw, że od razu Jamesa zapamiętał. – Ale moim skromnym zdaniem, to jest to kłamstwo. Grindelwald przecież nie żyje, a jego ludzi jest garstka i wciąż się wykruszają. Nie, uważam, że ktoś inny za tym wszystkim stoi…
Zamilkł na chwilę, po czym podjął nowy temat:
– Podstawowe zaklęcie obronne, zaklęcie Expelliarmus. Kto wie, do czego służy?
Uniosło się kilka rąk.
– Proszę, panie Lupin?
– Zaklęcie rozbrajające, rzecz jasna!
– Oczywiście, pięć punktów dla was, Gryfoni. Przećwiczmy je sobie, dobra? O, jak widzę, jest was siedmioro, czyli nieparzyście… Panno Silverwand, poćwiczysz ze mną…
Lekcja była naprawdę przyjemna. Udało mi się rozbroić kilka razy Lily, a raz zrobiłam kawał Jamesowi i rozbroiłam go od tyłu. Nawet Wilder się śmiał z jego zdezorientowanej miny.
– Ale super kolo! – westchnął James, gdy już wszyscy wyszli na przerwę.
– No! – przytaknął Remus. – Nareszcie ktoś normalny…
Na wypadek, gdyby chłopakom coś strzeliło na dekiel, ja z Lily i Alicją szybciutko uciekłyśmy z potencjalnego pola rażenia Huncwotów. Udałyśmy się na transmutację w trzyosobowym gronie.
Oczywiście, McGonagall zaczęła od straszenia nas sumami, dopóki nie wszedł jakiś uczeń i nie zapowiedział, że jest gdzieś potrzebna.
– Przeczytajcie rozdział pierwszy ze strony piątej, zaraz wrócę. I nie urządzajcie bitwy na stoły.
Spojrzała wymownie na Huncwotów.
– My? – oburzył się Syriusz. – My nigdy nie urządzaliśmy bitwy na stoły!
– Ale ten pomysł jest godny rozważenia! – James wyszczerzył zębiska.
McGonagall uniosła do góry oczy i wyszła za uczniem.
Ślizgoni, z którymi mamy transmutację, zajęli się czytaniem, lub rozmowami. Co innego Gryfoni. James natychmiast wskoczył na swój pulpit i zaczął udawać tancerkę z klubu. Peter się śmiał, Remus pruł twarz, że James depcze po jego notatkach, a Syriusz wlazł także na stół obok Rogasia i zaczął udawać rockandrollowca. Wywijał głową na wszystkie strony, niszcząc sobie fryz i wytrącając swe cenne, rzadkie IQ. Udawał też, że gra na gitarze elektrycznej, skakał i coś śpiewał. James wskoczył mu na plecy jednym, zgrabnym susem i zaczął udawać, iż jedzie na koniu. Syriusz roześmiał się, ale zaraz stracił równowagę i runął jak długi, przewracając dwa stoły.
Ja i Remus podnieśliśmy się naraz, zatrwożeni.
– Nic wam nie jest? – spytaliśmy jednomyślnie, ale James i Syriusz po prostu leżeli na podłodze i umierali ze śmiechu.
– James, widziałam, tak rypnąłeś w ten stół głową… – Podeszłam do niego z troską.
– Nie martw się! – wykrztusił, chyba niezbyt ogarnięty w tym, co działo się naokoło niego. – Moja głowa już niejedno widziała… Było gorzej, jak Łapsko na niej usiadł.
I wybuchnęli śmiechem na to wspomnienie, tarzając się po podłodze i narażając na zbulwersowane spojrzenia Ślizgonów.
Gdy chłopcy się uspokoili, podnieśli stoły, pozbierali notatki i usiedli. Zrobiło się w miarę cicho.
– Hej, Evans! – James nagle odwrócił się do nas. – Co u ciebie?
Lily to pytanie kompletnie zbiło z pantałyku. Zazwyczaj nie rozmawiała z Jamesem, a już na pewno nie odpowiadała na takie pytania. Znała go tylko z widzenia.
– Odwal się, Potter.
To był Severus.
Zrobiło się cicho. Wszyscy wpatrywali się w zaciekawieniu na rozwój sytuacji.
– Coś ty do mnie powiedział? – spytał James, wytrącony z równowagi tą nagłą agresją, jaką napotkał podczas próby zagadania do koleżanki. – Myślisz, że możesz mi rozkazywać, Smarku?
– Chłopcy, przestańcie… – zaczęłam ze strachem, ale oni mnie zignorowali.
– Odczep się od Lily, ona nie chce z tobą rozmawiać! Nie waż się jej zaczepiać, bo będziesz miał ze mną do czynienia – syknął Severus.
James i Syriusz roześmieli się w głos, Peter im zawtórował, ale Remus udawał, że nic nie widzi.
– Smarkerusie, co nam zrobisz, obsmarkasz nas?! – zaśmiał się Syriusz złośliwie.
– No, boję się! Smarki Snape’a! Ale przynajmniej zasłoniłyby mi widok jego urokliwej buźki! – zakrzyknął James pogardliwie.
Severus wyciągnął różdżkę.
– Zrób coś! – szepnęłam błagalnie do Remusa. – Postaw im szlabany, lub coś…
Remus spojrzał na mnie tak, jakbym mu oznajmiła, że mam zamiar wejść do własnego ucha. Lily zatem przejęła inicjatywę.
– Oberwiecie szlabanem! – zagroziła Huncwotom, ale oni powyciągali już swoje różdżki i bez żadnego ostrzeżenia zaczęli miotać Sevem po całej komnacie.
– Przestańcie! – krzyknęłyśmy naraz z Lily, gdy Severus wylądował z łoskotem na jednym ze stołów Ślizgonów.
– Potter, uspokój się! – wrzasnęłam, co go trochę otrzeźwiło i spojrzał na mnie ze zdumieniem.
Wyciągnęłam własną różdżkę i wycelowałam nią w Huncwotów. Wytrzeszczyli oczy.
– No co ty, wolisz bronić bezużytecznego Smarka, niż nas? – warknął Black.
– Black, nie przeginaj, dobra? – wycedziłam. – Zostawcie go!
Już otwierali usta, by coś odpowiedzieć, gdy do klasy weszła McGonagall.
– Co tu się dzieje?! – Omiotła spojrzeniem rozrzucone notatki, nas z różdżkami i Seva, słaniającego się z bólu na którymś ze stołów.
– Potter i Black zaatakowali Snape’a, psze pani! – odparł jakiś Ślizgon.
– Szlaban! – warknęła natychmiast McGonagall, a Huncwoci jęknęli. – Zostawić was samych na kilka minut!…
Lekcja transmutacji nie była taka przyjemna, jak poprzednia. Gdy nareszcie mogliśmy usiąść przy stole w bibliotece, miałam już dość.
– Sumy… wszyscy nas straszą tymi cholernymi sumami… Może najpierw odwalimy transmutację, co? – burknął Severus, obserwując z niechęcią swą zabandażowaną dłoń, efekt wylądowania na stole.
– Może i jest dużo pracy… – zagadnęła optymistycznie Lily po kilkunastu minutach. – Ale jesteśmy w Hogwarcie, znów. Czy to nie cudowne? Tęskniłam za tym miejscem!
– Taa, ja też – przyznał Sev. – Mówię wam, to było straszne, tak siedzieć w tym domu, gdy obok twój ojciec chla, ile może, a nawet jeszcze więcej…
Położyłam mu dłoń na ramieniu, patrząc ze współczuciem na jego twarz. Przeniósł wzrok ze swojej ręki na moją twarz. Coś drgnęło w moim sercu, nie wiedzieć czemu. Wpatrywałam się w jego oczy z troską, czując się dość dziwnie.
– Mary Ann? – usłyszałam za plecami. To był Remus. – Chodź na chwilę do mojego stołu, dobra? I weź transmutację, bo widzę, że odrobiłaś. Notatki też…
Wstałam i udałam się za Remusem do jego stolika. Usiadłam naprzeciw braciszka, a on zajął się swym esejem.
– Czego chciałeś? – zapytałam, podając mu moje wypracowanie.
– Porównać nasze prace, czy niczego nie pominąłem…
– Czemu nie zareagowałeś, gdy twoi kumple znęcali się nad Sevem? – spytałam ostro.
– Bo nas lubi!
Odwróciłam wzrok. Nade mną stał Rogaś.
– Co robisz, Luniaczku? – zagadnął James.
– Drzwi do lasu… – mruknął znudzony Remus. – Po co pytasz? Odrabiam prace domowe, no nie? Przecież widać…
– Przepraszam, skarbie, ale ślepy jestem czasem… Jakie ponure notatki! – James ożywił się nagle i chwycił rolkę pergaminu, od stóp, do głów zapisaną moim malutkim, drobnym pismem. – Piszesz czarnym atramentem? Jakie to smutne! Patrz na moje!
Wyciągnął z torby pogniecioną rolkę i rozwinął.
– Kolorowe literki, rysuneczki, szlaczki… No, może są poważne braki, heh… Ale moje notatki po prostu żyją własnym życiem! Ta rolka mówi do mnie: „Przeczytaj mnie, James! Przeczytaj mnie!”, a ja do niej: „Mam cię w dupie, mam cię w dupie!”.
Posmarkałam się i przy okazji swoją pracę domową na wizję Jamesa gadającego do własnych notatek.
James usiadł obok mnie i położył wygodnie nogi dokładnie tam, gdzie leżał esej Remusa. Oczywiście, zaraz oberwał kałamarzem, prosto między oczy. Zrezygnowałam z ich towarzystwa i wróciłam do moich przyjaciół, wsłuchując się we wrzaski Remusa i błagalne wycie Jamesa:
– Już nie będę! Nie będę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz