Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

środa, 10 lutego 2016

34. W poszukiwaniu brata

… jakaś dziwna dziewczyna z burzą czarnych, lśniących pukli. Rozdziawiłam usta z szoku. Jak można być tak bezczelnym i chamskim? A ja myślałam, że Syriusz Black był ewenementem…
W urodzie kobiety było coś oszałamiającego, ale wzrok miała jakiś przymulony, znudzony i zblazowany, jakby myślała, że jest ponad tym całym plebsem z Hogwartu. Natychmiast do głowy przyszedł mi Black. Nie wyglądała na uczennicę, była z pewnością dużo starsza. Może to jakaś nieznana mi nauczycielka?…
– I czego się gapisz, ty gryfońska wywłoko?! – zgrzytnęła piskliwie.
No cóż, raczej nie.
– Przepraszam, nie dosłyszałam ostatniego! – warknęłam ironicznie, zaplatając na piersiach ręce.
– Może ci przeczyścić uszka, laleczko? – syknęła i zaśmiała się pogardliwie, wyciągając z zanadrza czarną różdżkę. Jej koniec wycelowała we mnie, czym totalnie zbiła mnie z tropu. Uniosłam z konsternacją brwi, nie wiedząc jak zareagować. Huncwoci stali za mną, zszokowani zaistniałą sytuacją, aż wreszcie któryś z nich przypomniał sobie, że umie mówić:
– Co ty wyrabiasz, zwariowałaś do reszty?! – To był Rogacz.
– Potter, nie wtrącaj się, bo ci…
– Co ty tu robisz?! – odezwał się głos pełen najwyższej odrazy i nienawiści.
Za nami stał Black, który chyba właśnie wyszedł ze szpitala. Lustrował naszego wroga z obrzydzeniem.
– Ach, witaj, drogi kuzynie! – mruknęła nieprzyjaźnie nieznajoma. – Tyle czasu się nie widzieliśmy… Uczcijmy nasze cudne spotkanie! Proponuję dla rozrywki poznęcać się wspólnie nad tą ociemniałą dziewuszką… Nie? A może wolisz sam to zrobić?
Wybuchnęła okropnym, wariackim śmiechem, jeżącym włosy na karku.
– Powinno się ciebie zamknąć z dala od normalnych ludzi… – pokręcił chłodno głową Syriusz, ignorując zaczepkę.
– Razem z tobą, mój kochany kuzynie! – brzmiała rozbawiona odpowiedź. – Razem z tobą! Ty się z nas wszystkich najbardziej nadajesz na leczenie! Zadając się z parszywymi gnojkami i zdrajcami uwłaczasz…
– Powtórz to! – uciął krótko, rozwścieczony.
Dziewczyna znowu wybuchnęła śmiechem, w ogóle nieśmiesznym, chyba że dla niej samej. Gdzieś w pobliskim korytarzu rozległ się odgłos trzaskających drzwi, głos rozmawiającego z kimś Dumbledore’a i kroki kilku par nóg. Kobieta schowała więc różdżkę i odeszła, zamiatając połami swej czarnej, bogatej peleryny, najwyraźniej nie mając ochoty na tłumaczenie się dyrektorowi, czemu celowała we mnie różdżką. Na odchodnym posłała mi jeszcze bardzo szczególne i mrożące krew w żyłach przeciągłe spojrzenie. Wzdrygnęłam się dyskretnie.
Zaległa cisza, wszelkie odgłosy kroków ucichły.
– Kto… co to było? – spytałam, odwracając się do chłopaków i Blacka, którzy stali za mną z zamyślonymi minami.
– Moja kuzynka… – warknął Black. Na szyi wykwitły mu czerwone plamy wściekłości. – Bellatriks Black… Tylko, u licha, co robiła w Hogwarcie?
– Może złożyła podanie o bycie nauczycielem? – spytał Peter, drapiąc się po głowie.
– Cóż, bardziej podejrzewałbym ją o złożenie podania na stanowisko nadwornego kata w biurze Filcha… – mruknął ponuro James.
Syriusz nie odparł, wciąż obserwując nieufnie róg korytarza, za którym zniknęła kobieta.
Zamyśliłam się. Bellatriks Black… A więc to była ta jego nienormalna kuzynka, o której wspominał mi kiedyś na spacerze! Zrozumiałam nareszcie, czemu tak bardzo źle się czuł z powodu faktu bycia Blackiem. Gdyby moja rodzina taka była, to poruszałabym się po szkole z papierową torbą na głowie. Zrobiło mi się żal Syriusza, gdy tylko pomyślałam o tym, że jego kuzynka była do niego tak podobna, że w pewnym sensie nie mógł się wyprzeć genów i odciąć od nich, jakkolwiek by próbował. Był skazany na przynależenie do sortu ludzi pokroju Bellatriks, nawet jeśli wcale tego nie chciał.

***

Zakończył się styczeń, kolejny miesiąc przybliżył nas do sumów. Niektórzy zaczynali histeryzować (Peter…), inni uczyli się już tak długo, że sumy nie były w stanie ich przestraszyć (Remus…). Ja chyba należałam tak w połowie do obu grup. W końcu od sumów wiele zależało, nie można było ich lekceważyć.
W lutym niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o szkolne sprawy. Mieliśmy tak dużo nauki, że zawalaliśmy noce, śniegu przybyło. W zamku, a szczególnie na lekcjach u Slughorna, oddech zmieniał się w parę.
Huncwoci znów dokazywali (w pierwszym tygodniu wszystkie miotły w składziku pozamieniali w jeżozwierze, ciekawe, dlaczego akurat przed treningiem Ślizgonów…). Remus musiał udać się na kwarantannę podczas pełni, zostawiając skamlącego Glizdka samego z nauką, James wzdychał coraz częściej ku Lily, robiąc się przy tym poważniejszy i bardziej pyszny, a Black i ja ponownie posprzeczaliśmy się. Poszło o porcję naleśników, a skończyło na wycieczkach osobistych i dramatycznie wygłaszanych opiniach o sobie nawzajem. Nie rozumiałam, jak działał jego ograniczony móżdżek. Powinien już się dawno zorientować, że był najmniej przeze mnie lubianym Huncwotem, od samego początku wzbudzał we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Czemu zatem tak bardzo przejął się faktem, iż nie zgodziłam się iść z nim na bal? Czyżby aż tak bardzo go to ubodło?
Nadeszły w końcu walentynki, najmniej istotne święto w całym roku. Ale dla takich par jak Alicja i Frank było idealne.
Alicja Silverwand i Frank Longbottom zaczęli ze sobą chodzić w ferie, co wzbudziło nieco sensacji, ale dla mnie i Lily nie było to niespodzianką. Cieszyłyśmy się szczęściem Alicji, a w naszym dormitorium zrobił się nieco romantyczniejszy nastrój. Zdarzały się wieczory, gdy w trójkę leżałyśmy na jakimś łóżku i marzyłyśmy wspólnie o wielkiej, szczęśliwej miłości. Alicja opowiadała nam, jak to jest być zakochanym z wzajemnością, Lily snuła romantyczne wizje swej przyszłości z Tym Jedynym, a ja milczałam, przysłuchując się temu wszystkiemu z lekkim uśmiechem i zastanawiając się, co tak naprawdę sądzić o związkach i miłości.
James jakby posmętniał na czas walentynek.
– Ech! – westchnął Peter, robiąc megakleksa na swym eseju z eliksirów, który próbował pisać ze mną i Jamesem w bibliotece. – W zeszłym roku walentynki były w sobotę, a teraz są w niedzielę… Za rok będą w poniedziałek! Będzie śmiesznie.
– O nie! – jęknął James. – Jeżeli nadal będziemy na wróżbiarstwie i będzie ono w poniedziałek… o nie!
– Czemu? – zapytałam i zmarszczyłam brwi. – To źle?
– Wiesz… – James otrząsnął się nieco w letargu w który popadł i zachichotał. – Starsze klasy, mające lekcje z Kasandrą w dzień walentynek, mogą… – potoczył zaćpanym spojrzeniem po obecnych – doświadczyć jej niesamowitej mocy jasnowidzenia…
Uniosłam brew.
– Po prostu – pospieszył z wyjaśnieniem Pet, ścierając inteligentnie rękawem atrament z pergaminu. – Ona słynie z tego, że jej rytuałem walentynkowym jest przepowiadanie uczniom, jak się dobiorą w pary… Zwykle to się sprawdza.
– Co ty gadasz?! – parsknął James i przyłożył dłonią we własne czoło. – Z jakiej racji niby? Zgadza się tylko dlatego, że ona przepowiada wspólne życie parom, które już ze sobą są! Cała filozofia!
Peter rozdziawił usta, powalony tą zaskakującą teorią, a tym razem ja podjęłam:
– Dobra, zmieńmy temat. Chciałabym się od was dowiedzieć, gdzie znajduje się Remus, gdy jest wilkołakiem.
James i Peter popatrzyli po sobie, zmieszani.
– No, nie wiem, czy możemy ci powiedzieć… – mruknął James.
– Dlaczego niby? – burknęłam.
– Bo… Remus nam zakazał. Boi się, że będziesz chciała go jakoś odwiedzić… – pisnął Peter.
– Na głowę upadł?! – żachnęłam się. – Co za człowiek…
– Wiesz, jakbyś była animagiem… – rzucił wolno James.
– Prawie nim jestem! – zawołałam. – Wciąż się uczę, co prawda! Ale już niedługo!
– Nie, dopóki nim nie zostaniesz, nic ci nie powiemy! – stwierdził James z zawziętością. Tupnęłam tylko nogą i obrażona odeszłam od nich, by powściekać się samotnie w toalecie przy bibliotece.
Następnego dnia weszłam do Wielkiej Sali na walentynkowe śniadanie w towarzystwie Lily. Pod sklepieniem krążyły już sowy, rozdające pocztę oraz walentynkowe kartki i upominki. Przypomniało mi się, że rok temu dostałam kartki od Remusa, Jamesa i Blacka. Ciekawe, czy w tym roku też mi coś przysłali?
Niedługo potem otrzymałyśmy to, co niosły nam sowy. Ja dostałam kartkę od Remusa i Jamesa, a Lily od Jamesa i od jakiegoś speszonego anonima. Poczułam się bardzo dziwnie, gdy przeczytałam kartki Lily. Obydwie wyznawały uczucie, a moje były tylko przyjacielskie…
W sali wejściowej natknęłyśmy się na Severusa. Jak zwykle wyglądał, jakby przepraszał, że żyje.
– Idziecie ze mną do Hogsmeade? – spytałam, obserwując pary wychodzące na mróz lutego.
– Ja nie, właśnie biegnę pouczyć się na sumy z zaklęć – mruknęła Lily i popędziła na górę. Zrobiła to dlatego, że z Sali wyszli właśnie Huncwoci w liczbie trzech. Minęli mnie, krzycząc: „Cześć!”, ale ostentacyjnie ich zignorowałam, w końcu się na nich boczyłam za to, że byli nadętymi pacanami i nie chcieli mi powiedzieć, gdzie przebywał obecnie Remus.
Severus to zauważył i ściągnął krzaczaste brwi.
– Co jest? – spytał, gdy Huncwoci nas minęli, obdarzając go wrednymi spojrzeniami spode łba.
– A nic… Obraziłam się na nich, bo mi czegoś nie chcą powiedzieć… – odparłam wymijająco.
– A czego?
– Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie można by ukryć ucznia na kilka dni? – wypaliłam. Uznałam, że było to odpowiednio ostrożne pytanie, chociaż musiało brzmieć dość dziwnie.
Severus spojrzał na mnie dziwnie świdrującym spojrzeniem. Poczułam, że na policzki wstąpiły mi rumieńce. Nie lubiłam tego spojrzenia. Zawsze się czerwieniłam, gdy tak patrzył, do tego miałam wrażenie, jakby czytał mi w myślach.
– Masz na myśli twojego brata, tak? – szepnął.
Zatkało mnie.
– Co masz na myśli? – spytałam ostrożnie, czując, że żołądek podjechał mi do gardła.
– Wiem, CZYM jest twój brat – odparł prawie niedosłyszalnie.
Cofnęłam się o krok, rozdziawiając usta w szoku. Severus przyglądał mi się ponuro.
– Skąd wiesz, że Remus jest wilkołakiem? – wyszeptałam po chwili.
– Właściwie ci o tym kiedyś mówiłem… Jak Black postanowił sobie ze mnie zażartować i kazał mi iść do tej całej wierzby… Zobaczyłem tam Lupina jako wilkołaka. Potter mnie wyciągnął z opresji, więc Lupin nic mi nie zrobił…
– Co? – Zamrugałam oczami szybko i dodałam niewinnie – W pobliżu jakiejś wierzby?
Severus natychmiast zorientował się, w co pogrywałam. Zaśmiał się i pokręcił głową.
– Ooo, nie! – mruknął. – Nie powiem ci tego, to mogłoby być dla ciebie bardzo niebezpieczne. Skoro brat ci nie powiedział, gdzie się znajduje, to ja przecież tego nie zrobię…
I szybko uciekł w obawie przed moimi fochami. Obserwowałam jego plecy z rosnącą rezygnacją. Czemu wszyscy oprócz mnie mogli wiedzieć, gdzie znajdował się mój własny, rodzony brat?!
Wściekła na cały świat udałam się po formularz do dormitorium, a następnie ustawiłam się w kolejce do Filcha.
W Hogsmeade nie miałam zamiaru wiele robić, potrzebowałam się po prostu przejść i przemyśleć parę spraw. Ruszyłam samotnie wśród szczęśliwych grup ludzi, wpychając ręce głęboko do kieszeni płaszcza. Wszystko mnie irytowało. Czemu nikt mi nie ufał? Czy oni wszyscy naprawdę myśleli, że miałam zamiar poleźć tam od razu jak ślepe dziecko, by mnie własny brat pogryzł? No już naprawdę… Zależało mi na zwyczajnej, krótkiej informacji, gdzie się obecnie znajdował, nie planowałam go odwiedzać. Najbardziej mnie denerwował fakt, że nikt nie chciał zaufać mojemu zdrowemu rozsądkowi i wszyscy decydowali za mnie, czy powinnam się dowiedzieć, czy też nie.
Uliczki Hogsmeade przyprawiły mnie o nieco lepszy nastrój. Trudno było martwić się czymkolwiek, gdy mijało się wielokolorowe wystawy udekorowane gigantyczną ilością serduszek, ludzi w amoku zakupów i gdy do uszu dochodził dziki śmiech i gwar zwykłego, wesołego dnia.
Mimo okropnego zimna nikt nie wydawał się marznąć. Spacerowałam sobie po brukowanej ulicy, obserwując wszystko naokoło. Nie martwiłam się sumami, które zwykle zaprzątały większość mojej uwagi. Przystanęłam bezwiednie przy sklepie z artykułami związanymi z quidditchem i przyglądałam się tęsknie jednej z mioteł wyścigowych. Gdy już mi się znudziły oględziny, ruszyłam z wolna dalej. Nie uczyniłam jednak dwóch kroków, gdy poczułam na nadgarstku mocny uścisk dłoni.
– Hej!…
Obróciłam się gwałtownie. Przede mną stał zaaferowany czymś Black i ściskał mnie za nadgarstek, dopóki nie posłałam mu miażdżącego spojrzenia. Wyglądał na poruszonego.
– Cześć! – wymamrotał nonszalancko. – Musisz mi pomóc…
– Niczego nie muszę! – oświadczyłam sucho.
Brwi Blacka zbiegły się w jedną krechę. Natychmiast się spiął i otrząsnął z dziwnego poruszenia.
– Słuchaj! – warknął. – Jak mam się zachowywać, żebyś przestała na mnie ciągle kręcić nosem? Odkąd się znamy, wciąż ci coś jakoś tak nie pasuje…
– Zastanówmy się, czemu… – mruknęłam niewinnie, unosząc wzrok gdzieś w kierunku szarych chmur.
– To moja wina, że się do mnie uprzedziłaś? – warknął.
– A czyja, moja? – odparłam chłodno, chociaż byłam pewna, że Blacka pytanie było retoryczne.
Piorunowaliśmy się spojrzeniem w milczeniu.
– Chciałem po prostu wiedzieć, czy nie widziałaś reszty… – Black pierwszy odpuścił i wzruszył ramionami obojętnie, udając, że niewiele go ta kwestia obchodziła.
– A po co ci oni? Jestem na nich obrażona, nie obchodzą mnie. – Założyłam ręce na piersi.
– Dlaczego? – zagadnął niewinnie i udał znów obojętnego, odrzucając do tyłu czarne kosmyki z czoła nonszalancko.
– Bo nie chcieli mi powiedzieć, gdzie teraz jest Remus. Czy to aż taki sekret? – wybuchnęłam. – Ale ciebie nie będę nawet próbować pytać, lubisz mi robić na złość, więc się nie łudzę…
Już się odwracałam, by sobie odejść, gdy Black złapał mnie mocno za nadgarstek. Westchnęłam głośno, obracając się wolno i próbując oswobodzić rękę.
– Poczekaj… – mruknął. Widać było, że chciał koniecznie znaleźć kumpli, bo miał łagodny, zatroskany wyraz twarzy. Chyba postanowił uzbroić się w cierpliwość i ignorować moje fochy.
– Czemu ty zawsze musisz mnie łapać za coś? – zirytowałam się, na co chłopak natychmiast mnie puścił i zamrugał szybko speszonymi oczyma, nieco zaskoczony.
– Jeżeli bardzo chcesz wiedzieć, gdzie jest Remus, mogę ci pokazać… – mruknął i wzruszył ramionami, uśmiechając się tajemniczo i mściwie, durny pacan.
– Wiesz, jeżeli czekasz, aż cię poproszę, to zapomnij! – prychnęłam.
Black spojrzał na mnie spode łba i zrobił minę urażonego arystokraty.
– Wcale na to nie czekam! – szczeknął. – Prowadzisz dziwną politykę, dziewczyno. Jestem jedną z nielicznych osób która ma informację, którą chcesz zdobyć. I wychodzi na to, że tylko ja jestem skłonny się nią z tobą podzielić. Ale ty, zamiast normalnie mnie o to spytać, traktujesz mnie jak szmatę używaną do wycierania ślizgońskiego kibla! To chcesz to wiedzieć, czy nie?!
Nie można było się z nim nie zgodzić, jednak sama myśl o przeproszeniu Blacka ciężko przechodziła przez mózg, nie wspominając o tym, jak ciężko przechodziłaby przez gardło. Westchnęłam ostentacyjnie, by zyskać na czasie i zapatrzyłam się bezwiednie w miniplakat na szybie jednej z wystaw („Mistrzostwa Świata w Quidditchu! Już w tym roku, 5 lipca! Nie przegap okazji i już teraz leć po bilety!”). Zignorowałam Blacka i nie zareagowałam.
Black zaklął, warknął: „Dobra…”, odwrócił się bardzo gwałtownie i odszedł zamaszystym krokiem. Długo wpatrywałam się w tył jego czarnej, skórzanej kurtki, wciąż splatając ręce na piersiach. Westchnęłam do siebie po chwili i zmarkotniałam. W końcu Black ma rację: niewiele osób naprawdę o Remusie wiedziało, a on, jako jedyny, byłby skłonny uchylić rąbka tajemnicy. Ale przez moje zachowanie straciłam tą okazję. Trzeba będzie jednak go przeprosić i udobruchać…
– Bleee! – wykrzywiłam się głośno do siebie, wytykając język na zimne, lutowe powietrze.
Biłam się sama ze sobą (co w moim przypadku często się zdarzało), czy naprawić błąd, czy też nie. W końcu postanowiłam, że w niektórych przypadkach cel uświęca środki, a to był na pewno jeden z nich.
Na lekcji zaklęć naskrobałam na kawałku pergaminu liścik:

„Syriuszu, bardzo cię przepraszam, że tak się zachowałam i zignorowałam. To nie było zbyt fair.”

Treść owa miała charakter sondy. Pragnęłam zaobserwować, jak zareaguje, dopiero potem zacząć go o cokolwiek prosić, ewentualnie.
Oczywiście, nie obyło się bez straszliwej batalii o liścik, który w locie złapał James i koniecznie chciał wiedzieć, jaka była jego treść. Tłukli się trochę, ale na szczęście Flitwick niczego nie zauważył, właśnie użerał się z jednym uczniem, który zaczął z jakiegoś powodu wymiotować.
Black przeczytał, rzucił mi urażone spojrzenie, dopisał coś pod spodem i liścik podfrunął do mnie z powrotem.

„Słusznie. Istny groch o ścianę”

Było to podszyte właściwą Syriuszowi cynicznością. To raczej dobry znak.

„Czy mógłbyś mi zatem pokazać, gdzie jest teraz Remus? Ale teraz, bo pełnia niedługo się kończy.”

Black długo łaskotał się w brodę koniuszkiem pióra, przyglądając mi się z uwagą, zanim nie napisał flegmatycznie kilku małych literek.

„Okej. Ale w nocy. I tylko ci pokażę miejsce, nie będziemy tam wchodzić.”

Żołądek podskoczył mi do gardła. O nie, sama z Blackiem w nocy… Cóż za przerażająca perspektywa!

„A może lepiej mi po prostu powiesz?”

„A gdzie tu zabawa?”

Westchnęłam z rezygnacją. Niestety, trzeba tańczyć, jak Black zagra.

„No dobra. Dziś w nocy?”

„Tak. Spotkamy się o północy w Pokoju Wspólnym. Ale nie zaśpij, nie mam ochoty gramolić się do waszej sypialni.”

„I tak by ci się to nie udało, mądralo!”

No więc, stało się. Trudno, przynajmniej miałam dowiedzieć się, gdzie przebywał Remus… Tak więc około północy zeszłam na palcach do salonu. Ale Blacka nigdzie nie było.
Usiadłam sobie zatem wygodnie na jednej z sof przed wygasającym paleniskiem. Czekałam na Blacka kilkanaście minut, złorzecząc na niego pod nosem. Leniwy hedonista! Albo podły chytrus! Albo zaspał, albo mnie nabrał i teraz ma ubaw z mojej naiwności.
Pół do drugiej ktoś skotłował się ze schodów, a był to mój „ulubiony” kolega.
– Sorry! – rzucił nonszalancko. Wezbrała we mnie złość.
– Wiesz, jeszcze chwila, a postanowiłam nie uraczyć cię ani jednym mym słowem do końca życia! – powiedziałam z niewinnym chłodem, splatając ręce na piersi.
Black westchnął ze zrezygnowaniem.
– Znowu zaczynasz? – jęknął.
– Ja?! Spóźniłeś się półtorej godziny na umówione spotkanie i jeszcze masz jakiś problem?!
– Przepraszam! – warknął w odpowiedzi. – Przecież już cię przepraszałem!
– Bardzo! – zgrzytnęłam. – Rzeczywiście!
Zaległa nieprzyjemna cisza. Ja i Black patrzyliśmy na siebie z pogardą i obojętnością. Próbowałam zahamować wściekłość, ochotę ziewania, oraz myśli, które same pchały mi się do głowy: czemu ja i on nie mogliśmy się od pewnego czasu w ogóle porozumieć?
– Idziemy w końcu, czy nie? – rzucił beznamiętnie.
– Idziemy… – odparłam. Za późno, by się wycofać.
Zarzucił na nas pelerynę-niewidkę, gwizdniętą Jamesowi, i razem uchyliliśmy portret zaskoczonej Grubej Damy.
– Kto to? – spytała, ale nie uzyskała odpowiedzi.
Korytarze zalane były blaskiem księżyca w pełni, ale miejscami panowała ciemność, że oko wykol, a to z powodu braku okien i wygasłych pochodni. Czułam się okropnie niekomfortowo idąc tuż, tuż obok Blacka, ale nic nie mogłam na to poradzić. Jego powalające perfumy blokowały moje drogi oddechowe, a przecież nie mogłam kaszlnąć.
– Trzeba było wziąć coś do oświetlania drogi… – burknęłam w ciemności.
– Trzeba było – zripostował Black. – Zamiast się kłócić. I zwalać wszystko na mnie.
– Nic na ciebie nie zwalałam! – zawołałam cicho ze złością.
– No, w sumie masz rację… Nie, TYM RAZEM nie…
– O co ci znowu chodzi?!
Zatrzymaliśmy się naprzeciw siebie na szczycie schodów w sali wejściowej, mierząc zezłoszczonymi spojrzeniami pod peleryną.
– Czy mógłbyś nie denerwować mnie przy każdej lepszej okazji?! Jakiś ty kłótliwy, o rany!
– Ja?! Popatrz lepiej na siebie, to ty ciągle kręcisz noskiem!
– Niczym nie kręcę! – syknęłam głośniej. – Najwyżej zaraz malowniczo zakręcę moją pięścią, by cię zdzielić w ten twój napuszony łeb!
– Uważaj, jak się do mnie zwracasz, dziewczyno! – warknął, coraz bardziej czerwony na twarzy. Nasze wściekłe twarze zastygły od siebie o zaledwie pięć cali.
– A co, uważasz się za kogoś lepszego, tak?! Po prostu mi powiedz, kiedy masz napad swego arystokratycznego humorku, to nie będę się z tobą umawiała! Szkoda mi na ciebie czasu! Mam innych ludzi, z którymi mogę się zadawać!
– Na przykład cudownego Smarkerusa, no nie? – mruknął ironicznie.
– Tak, owszem, jest o niebo lepszym towarzyszem, niż ty, Black! – burknęłam z wyższością.
– Ale nie łudź się, on lubi Evans, a nie ciebie! – parsknął drwiąco.
Zaśmiał się tryumfalnie, gdy zobaczył w bladym świetle księżyca moją zszokowaną twarz. Wezbrała we mnie zimna furia i ochota zamordowania go w najbardziej wymyślne sposoby. Zamachnęłam się, ale on odparł atak, chwytając mnie tradycyjnie za przegub. Spróbowałam uderzyć go lewą ręką, z tym samym skutkiem. Szarpnęłam się do tyłu w celu wyrwania mu moich nadgarstków, ale bezskutecznie, a w półmroku dostrzegłam na jego twarzy mściwą satysfakcję. Kopnęłam go zatem w brzuch kolanem. Black jęknął z bólu i zgiął się w pół, ciągnąc za moje nadgarstki. Walczyliśmy jeszcze chwilę w milczeniu pod peleryną, która zsunęła się nam z głów. Szarpałam za moje ręce w swoją stronę, on z zaciętą miną ciągnął mnie ku sobie, by mnie znokautować. W końcu natarłam na niego, popychając go, Black potknął się o brzeg peleryny, zachwiał i runął jak długi ze schodów, pociągając mnie za sobą.
Stoczyliśmy się razem z szerokich, marmurowych schodów, robiąc niezły harmider. Peleryna ciasno nas oplotła, a mnie zatkało z bólu.
Gdy wreszcie legliśmy na sobie w plątaninie nóg, rąk i peleryny, poczułam, że z ust ciekła mi krew, a ciało boleśnie dawało się we znaki. Już miałam zamiar huknąć na Blacka, żeby ze mnie zszedł, jeśli chce dalej żyć, gdy usłyszeliśmy szybkie kroki. W korytarzu na szczycie schodów po drugiej stronie zrobiło się jakby jaśniej…
Black zareagował błyskawicznie i nakrył nas szczelnie peleryną, tak, jak leżeliśmy. Zastygliśmy w bezruchu.
Przyczłapał Filch. Długo węszył w powietrzu, oglądał salę i charcząc coś do siebie. Modliłam się, by nie próbował wchodzić na schody, przy których leżeliśmy: potknąłby się o nas z kretesem. Do tego dostawałam już świra od leżenia pod Blackiem. Jakby sama ta sytuacja była niewystarczająco okropna i niekomfortowa, jego włosy właziły mi do nosa, prowokując do kichnięcia.
Na szczęście Filch się zlitował i zaniechał poszukiwań. Odszedł, by dalej śledzić własny cień gdzieś w jednej z przybocznych komnat.
Ja i Black wstaliśmy, z całą mocą zdając sobie sprawę ze swej głupoty i ograniczoności. Spojrzeliśmy na siebie przepraszająco, bez słowa uścisnęliśmy sobie ręce na zgodę i pozbieraliśmy pelerynę, po czym ruszyliśmy wolno ku drzwiom. Byliśmy w połowie drogi, gdy Syriusz przystanął i zatrzymał mnie.
– Co?…
– Czujesz? – szepnął z napięciem, węsząc w powietrzu. Pociągnęłam nosem.
Powietrze w sali wejściowej zrobiło się mocniejsze, przypominało mi ostry zapach amoniaku…
– Pod pelerynę! – syknęłam.
Smród przybrał na sile. Obserwowaliśmy salę z napięciem, ale nic się nie wydarzyło. Wydawało mi się tylko, jakby jakieś ciche kroki zmąciły idealną ciszę lutowej nocy. Powoli jednak powietrze oczyszczało się.
– Co to było? – Skrzywiłam się, bo Syriusz niespodziewanie szepnął mi prosto do ucha:
– Nie mam zielonego pojęcia…
Rozejrzeliśmy się.
– Patrz… – wymamrotał i podszedł do jednego z pierwszych schodków. Rozlano na nim szarawą substancję, dymiącą srebrzyście w blasku księżyca.
– Tam jest następna! – krzyknął zduszonym głosem Syriusz, wbiegając kilka schodków wyżej.
Plamy, gęsto usiane na marmurowych schodach, biegły w jakimś kierunku. Ja i Syriusz popędziliśmy na palcach, śledząc dziwne ślady.
Korytarz, kondygnacja schodów, w lewo, znów korytarz, trzy schodki, skrzyżowanie, znów w lewo, znów schody… Dość dobrze widoczna w nocnym oświetleniu substancja znaczyła naszą spontaniczną trasę. Ciekawe, ile jeszcze?
– Tu trop się urywa… – szepnął zaskoczony Syriusz. Miał rację.
Zorientowaliśmy się, że zawiódł nas do ślepego korytarza, a kończył się przed drzwiami jednej z nieużywanych sal, gdzieś na piątym piętrze. Rozejrzeliśmy się, ale nie dostrzegliśmy więcej substancji, niż na ziemi, gdzie niespodziewanie urwał się jej szlak.
– Widziałaś już kiedyś coś równie dziwnego? – spytał Syriusz, przyglądając mi się z uwagą.
– Tak, w Zakazanym Lesie, gdy śledziliśmy Wildera, to jest ja, James i Remus. I potem, w pociągowej toalecie, wtedy, gdy mi nie uwierzyłeś, że widziałam dziewczynę bez odbicia w lustrze.
Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem. Dumał nad czymś usilnie.
Nagle jego oczy rozszerzyły się i doskoczył do mnie. Miał zacięty wyraz twarzy, patrzył z napięciem w wylot korytarza.
– Stań za mną, Mary Ann…! – rzucił.
– Czemu? – spytałam, kompletnie zdezorientowana.
I wtedy to poczułam: wzbierający na sile zapach amoniaku, coraz więcej i więcej, aż do zakrztuszenia. To coś się zbliżało, a my byliśmy w ślepym korytarzu…
Black wyciągnął różdżkę, celując w ciemny wylot korytarza. Zaraz potem…

2 komentarze:

  1. Ty to wiesz jak kończyć rozdziały, żebym nie mogła doczekać się następnego... :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Meh, znowu... Robisz to specjalnie, żeby nie torturować :D
    Boski rozdział. Piszesz naprawdę świetnie ^.^ Czekam na więcej

    OdpowiedzUsuń