Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

wtorek, 1 marca 2016

37. Perypetie miłosne Lily

– Co?!…
Świat stoi na głowie.
– Ty… Ty jesteś z Syriuszem?!
Lily popatrzyła na mnie niewinnie, szeroko otwierając oczy, w których gdzieś tam tliła się mieszanka niepewności, wyrzutu i wstydu.
Parsknęłam. Nie. Oni w ogóle do siebie nie pasują, to jakaś pomyłka.
– Bujasz, Lily! – zawołałam, szarpiąc ją za rękę. – Nie żartuj sobie ze mnie.
– Dlaczego? Nie mogę się umawiać z Syriuszem? – spytała, wciąż grając niewiniątko.
– Może mówimy o dwóch różnych Syriuszach… Na pewno chodzi ci o Blacka?
– A ilu tu mamy Syriuszów? – żachnęła się. – To on mi wysłał list miłosny!
– Co?! – Odgięłam się do tyłu i zaśmiałam w głos. – Przecież on nie mógł, to do niego…
– No wtedy, gdy leżałaś w szpitalu, gdy miałaś pękniętą czaszkę… Pamiętasz?
– Aż za dobrze… Czyli to jednak nie był kawał…
– Nie.
Zaległa cisza.
– Nie patrz tak na mnie! – fuknęła raptownie. – I przestań wietrzyć jamę ustną, bo wyglądasz jak troll.
Zamknęłam machinalnie buzię, zdając sobie sprawę, że była od pewnego czasu otwarta.
– Lily, jak to się w ogóle stało? – wypaliłam po chwili, wciąż nie ogarniając.
– Normalnie. – Wzruszyła ramionami. – Spontanicznie. Siedzieliśmy sobie w salonie, tak się złożyło, że sami, bo wszyscy już poszli spać. I jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać. Długo to trwało, chyba ze trzy godziny. Byłam bardzo poruszona, to było po tym, wiesz, z Sev… ze Snapem. Musiałam się wygadać i nie chciało mi się spać. No i Syriusz tam siedział. Tak nam się miło rozmawiało, że spytał, czy nie moglibyśmy się od dziś spotykać częściej. Odebrałam to jako propozycję chodzenia. Z początku się trochę speszyłam, tak raptownie o to spytał… Ale pomyślałam, że czemu nie? To może być miłe i ciekawe doświadczenie.
– Miłe i ciekawe doświadczenie? – prychnęłam kąśliwie. – Świetnie… Całowaliście się już?
– Nie, no co ty… – Lily spąsowiała. – Na to jeszcze za wcześnie… Na razie sobie tylko tak chodzimy razem i rozmawiamy…
– Mało romantyczne – stwierdziłam brutalnie.
– No… niby tak… – bąknęła w odpowiedzi ze zmieszaną miną.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
– Co? Czemu tak dziwnie reagujesz? – spytała Lily wojowniczo. – Mamy się ślinić w każdym kącie szkoły?
– Nie o to chodzi… – burknęłam. – Lily, dlaczego się tak łatwo zgodziłaś?
– A czemu nie? Przeszkadza ci to?
– Nie, ale… Nie poznaję ciebie. – Uniosła brew, a mnie po głowie obijał się widok miny Jamesa, po dowiedzeniu się, że Syriusz chodzi z jego miłością. – Kogo ty chcesz ukarać? Jamesa? A może… Severusa?
Lily zmierzyła mnie potępiającym spojrzeniem.
– Z Severusem nie mam już nic wspólnego.
Po tych słowach wstała, pozbierała manatki do kupy i odeszła bez słowa. Zostałam sama w bibliotece i wbiłam nieświadomie wzrok w esej na temat pazurów gryfa w jakimś eliksirze.
Coś takiego… Lily plus Syriusz równa się Pomyłka Stulecia. Jak mogła się na coś takiego zgodzić? Przecież Łapa na pewno się zgrywał…
A może nie?
A co z Jamesem? Jak Czarny mógł go tak zdradzić? Coś mi tu wyraźnie nie pasowało… No i biedny Severus, Lily i on nie rozmawiali już od kilku dni. Miałam jedynie nadzieję, że nie będę musiała dzielić mojego czasu na dwa wrogie obozy…
– Syriuszu! – krzyknęłam na cały korytarz, gdy dostrzegłam plecy Czarnego wśród tłumu uczniów. Nie dosłyszał, ale cały tabun dziewczyn przede mną obrócił się, jak na komendę. Gdy mnie dostrzegły, od razu zmierzyły mnie nienawistnym spojrzeniem, jako że byłam tą wybraną, która miała okazję z nim rozmawiać od czasu do czasu. W końcu mój brat się z nim przyjaźnił.
Syriusza porwał tłum, szybko znikł mi z oczu. Nie było sensu pchać się w to morze, więc postanowiłam wrócić do biblioteki, by pouczyć się znowu do jutrzejszego suma z eliksirów.
Usiadłam ponownie przy stole i skupiłam się na zapamiętywaniu znaczenia temperatury, ale ktoś się do mnie dosiadł. Był to Severus. Od czwartku jego mina była tak żałosna i nieszczęśliwa, że zrobiło mi się go naprawdę żal.
– Hej… – mruknął bezbarwnie.
Zmierzyłam go długim, współczującym wzrokiem.
– I co? Lily się nie odzywa? – spytałam, chociaż znałam odpowiedź.
Pokręcił głową przecząco.
– Nie martw się! – rzuciłam. – To Lily! Kiedyś musi jej przejść, przecież nie jest pamiętliwa. To dobra dziewczyna. Zobaczysz, sprawa rozejdzie się po kościach po sumach, ona jest teraz trochę przemęczona i rozdrażniona…
Uśmiechnął się blado w odpowiedzi. Pouczyliśmy się eliksirów, z którymi oboje radziliśmy sobie całkiem nieźle. Wolałam nie mówić mu o Lily i Syriuszu na wypadek, gdyby jeszcze o tym nie wiedział.
Kolejnego dnia zdawaliśmy najpierw teorię, potem praktykę, czyli warzenie eliksirów. Poczułam się cudownie wolna, gdy postawiłam moją fiolkę na stole komisji. Teraz pozostały mi tylko cztery dni sumów, które miały nie być mi właściwie potrzebne.
Próbowałam złapać Syriusza po wyjściu w celu dowiedzenia się, o co właściwie chodzi, ale szedł z Lily i rozmawiali w najlepsze, więc nie chciałam się pchać z buciorami w ich prywatność. Pozostało mi jedynie wlec się za nimi z narastającą irytacją, ale dotarło do mnie z zaskoczeniem, że nie trzymali się za ręce. Specyficzna para.
W trakcie tych kilku dni kolejno zdawaliśmy opiekę nad magicznymi stworzeniami (poszła mi tak sobie), astronomię (tu już było zdecydowanie lepiej), wróżbiarstwo (myślałam, że będzie gorzej) i historię magii, którą sobie trochę odpuściłam. W ogóle jakoś to wszystko potraktowałam lżej i chyba przesadziłam z wyluzowaniem. Ale tak trudno było się skupić, szczególnie w środę po sumie z wróżbiarstwa i astronomii. Nie miałam najmniejszej ochoty siadać do historii, ale musiałam. No cóż, na ostatniej prostej jest zawsze najgorzej.
– Uff! – wydyszał pod nosem Pet, gdy wytoczyliśmy się z Wielkiej Sali po sumie z historii magii. – Już koniec z sumami…
– Ja mam jutro numerologię – mruknął Remus.
– Nie denerwuj mnie – warknęłam. – Na samą myśl, że mogłabym coś jeszcze zdawać, robi mi się niedobrze!
Nigdzie nie mogłam dostrzec Severusa, więc dołączyłam do połowy Huncwotów. Jamesa nie było. W ogóle ostatnio jakoś nie rzucał się w oczy, a on zawsze baaardzo wystawał z tłumu.
– Gdzie zgubiliście Rogasia? – zapytałam.
– Nie wiem, gdzieś się tam pałęta… – rzucił obojętnie Glizdogon, a Remus dodał z troską:
– Zapewne zaszył się w naszym dormitorium czy coś… Ostatnio bardzo często zostaje sam…
Westchnęłam współczująco.
– A Syriusz? Pewnie przesiaduje gdzieś z Lily, hipokryta – rzuciłam z mocno wyczuwaną pogardą.
Remus i Peter wymienili wymowne spojrzenia.
– Zapewne on i Lily… – mruknęłam z obrzydzeniem.
– Co? – spytał trochę za szybko i zbyt gwałtownie Remus.
– Nic… Siedzą sami w jakiejś klasie i no nie wiem… się całują, czy coś…
Remus zaśmiał się.
– No co ty! To nie jest taka typowa para… Widziałaś, żeby trzymali się za rączki? No, ale ja i tak tego nie rozumiem. Ich zbyt wiele dzieli. Chyba nikt się tego nie spodziewał. Wiesz, co mi się wydaje? Że coś tu nie gra. Lily nigdy nie lubiła Jamesa i Syriusza, dlaczego więc zgodziła się z nim być?
– Podobno fajnie im się rozmawia – prychnęłam.
– Tak sądzisz? – Remus zrobił sceptyczną minę. – No cóż, możliwe… Wciąż jednak nie rozumiem Syriusza. Nigdy nie miał dziewczyny, żadna mu się nie podobała. Szczerze mówiąc, ciężko mi wyobrazić sobie, że prosi Lily o zostanie jego dziewczyną, tak nagle. Może to po prostu znów jakiś jego wygłup lub eksperyment? Nie chciał się przyznać. A Lily przydałby się chyba ktoś mniej, hmm…
Nie potrafił swej myśli ubrać w słowa, więc przemilczał zakończenie.
Sumy dobiegły końca, ale Lily i Severus nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Zmuszona byłam latać od jednego do drugiego. Na szczęście nie musiałam spędzać z Lily dużo czasu, gdyż często znikała gdzieś z Syriuszem, przez co czułam się opuszczona przez najlepszą przyjaciółkę. Chyba podobnie czuł się James. Niestety, nie miałam okazji z nim pomówić, zniknął z tłumu jak kamfora. Sprytnie się gdzieś zaszywał i przebywał sam.
Pod koniec maja, gdy wszystkie egzaminy zostały już pozdawane, uczniowie udali się do Hogsmeade, ostatni raz w tym roku.
– No więc nie odzywa się do mnie.
Ja i Severus szliśmy razem w stronę wioski. Było tak cudownie na zewnątrz, świeciło słońce, wszystko kwitło, unosił się zapach wolności i zbliżających się wakacji. A ja odganiałam od siebie nieustannie szczęśliwą myśl, która mnie niezwykle irytowała: teraz Lily nie stała między mną i Severusem…
– Opowiedz mi o Voldemorcie – poprosiłam, by zmienić temat.
Severus nastroszył się.
– Nie ma co opowiadać – burknął.
– Ale ty przyjaźnisz się z jego zwolennikami.
– Tak. No cóż, jestem w Slytherinie, muszę być z nimi w dobrych kontaktach. Zresztą, przywiązałem się do nich przez tyle lat.
– Ale nie musisz! Przecież masz nas, zrezygnuj z ich towarzystwa! – poprosiłam.
– Nadal uważasz, że można mówić o NAS? – zadrwił Severus.
– No dobra, masz mnie… Przecież cię nie zostawię samego. Odseparuj się, Sev, oni nie są w porządku.
Zerknął na mnie z ukosa.
– Są do mnie podobni. Takie wyrzutki.
– Severusie! – jęknęłam błagalnie. – O czym ty mówisz? Przecież ty jesteś inny! Masz dobre serce i w ogóle… Jesteś taki…
Speszyłam się. Spojrzał na mnie badawczo. Żeby tylko się nie wydało, trzeba uważać na emocje…
Weszliśmy do pubu i zamówiliśmy kremowe piwo, po czym rozsiedliśmy się przy jednym ze stolików.
– To co chciałabyś wiedzieć o Voldemorcie? – szepnął pytająco Severus.
– Czy on rzeczywiście jest taki groźny?
– Ma niesamowite zdolności i wiedzę czarnoksiężnika. – Wykrzywił twarz. – Ale sam niczego by nie zdziałał, ma nieustannie powiększające się grono zwolenników… Cała masa moich ślizgońskich kumpli marzy już o tym, żeby zakończyć edukację i przyłączyć się do niego po szkole. Będzie miał niezłą gwardię.
Utkwiłam tępo wzrok w mojej butelce.
– A ty? – spytałam szeptem po chwili, spoglądając niepewnie na przyjaciela.
Severus wlepił we mnie parę świecących, czarnych oczu. Nie odpowiedział.
– Widziałeś go kiedyś? – zagadnęłam.
Przygryzł wargi, po czym odparł lakonicznie:
– Na żywo nigdy.
Zaległa cisza.
– Czemu nie chcesz się odłączyć od zwolenników Voldemorta? Jeszcze cię wciągną w swe szeregi – zmartwiłam się.
Severus zawahał się i śmiesznie kiwnął głową w bok.
– Lepiej z nimi trzymać, tak profilaktycznie – odparł.
Zmrużyłam podejrzliwie oczy.
– Ale ty chyba nie chcesz zostać jednym z nich? – spytałam ostrożnie, bojąc się jego reakcji.
Spuścił wzrok na swoje piwo i wypił kilka łyków. Nie udzielił mi odpowiedzi, co uznałam za negatywny znak.
– Severus! Nie rób tego! Oni ci każą zabijać niewinnych ludzi! – zawołałam przerażonym półgłosem i skóra mi ścierpła.
Severus przeniósł zakłopotane spojrzenie na drzwi, po czym zmarszczył gniewnie krzaczaste brwi. Też tam zerknęłam.
Do środka wlazła Para Tygodnia i usiadła przy jednym ze stolików. Nawet nas nie zauważyli. Syriusz udał się do baru, by coś zamówić, a ja wprost czułam spięcie mięśni na całym Severusie.
– A co oni robią razem? – zgrzytnął ostro.
– Eee… Lily chodzi z Syriuszem… – bąknęłam, decydując się jednak powiedzieć mu prawdę.
Ciarki mnie przeszły, gdy uchwyciłam reakcję Severusa. Był tak wściekły, przerażony, nieszczęśliwy, skołowany i zszokowany zarazem, że się aż zachłysnęłam piwem. Ścisnął butelkę mocno. Rozpadła się w jego dłoni, oblewając go resztką płynu i mieszając się z krwią ze zranionych szkłem palców. Syknął jadowicie, wstał i wypadł z pubu jak nietoperz z turbodopalaczem z zadzie.
Chcąc nie chcąc, flegmatycznie udałam się za nim po tym, jak skończyłam piwo. Na zewnątrz było tak jasno, że z początku zamknęłam oczy i przystanęłam. Potem udałam się do bardziej ustronnego miejsca, czyli między drzewa pobliskiego zagajnika, który chyba łączył się z Zakazanym Lasem.
Usiadłam pod jednym z drzew, zastanawiając się nad wszystkim. Czułam się samotna. Prawie jak rok temu na jesień, gdy Lily i ja się nie przyjaźniłyśmy zbyt silnie. Teraz zostawiła mnie dla Syriusza, swego chłopaka. Dobrze, że przynajmniej się nie miętosili publicznie, to byłoby żenujące…
Najbardziej szkoda mi było chyba Jamesa. Jego najlepszy przyjaciel! Poczułam do Syriusza silną antypatię.
– O! Patrzcie, patrzcie, kogo widzą me oczy! Niewinne Gryfoniątko na odludziu! – usłyszałam nieco skrzekliwy, niski głos.
Uchyliłam powieki i dostrzegłam sylwetkę Bellatriks Black, stojącą nieopodal. Jej usta wygięły się w ohydnym uśmiechu, a oczy, podobne z wyrazu do Syriuszowych, błyszczały dziko. Celowała we mnie różdżką. Zanim zdążyłam się zorientować, co to oznacza, Black krzyknęła:
– Locomotor mortis!
Zaklęcie skleiło mi nogi, a ja czułam się jak robak. Próbując utrzymać równowagę, przewróciłam się na bok i stoczyłam nieco z łagodnej skarpy. Najbardziej upokarzający był jednak śmiech Bellatriks, która już podnosiła różdżkę, by dalej się mną bawić. Błyskawicznie sięgnęłam do kieszeni i rzuciłam, celując różaną różdżką w przeciwniczkę:
– Impedimenta!
Ruchy Bellatriks spowolniły się ze sto razy, a ja w tym czasie mruknęłam:
– Finite.
Nogawki jasnych dzwonów były odseparowane. Bellatriks odzyskiwała sprawność, ja w tym czasie gramoliłam się z ziemi. Ledwo to uczyniłam, usłyszałam jej wściekły pisk:
– Reductio!
Czerwony strumień zaklęcia rozwalającego pomknął ku mnie. W ostatnim momencie rzuciłam się na ziemię w bok, a omszały głaz za mną rozłupał się z hukiem na mnóstwo mniejszych kamieni. Kilka uderzyło mnie w plecy, ramiona i nogi, a jeden z nich niebezpiecznie świsnął tuż przy moim uchu.
– Relashio! – krzyknęłam rozpaczliwie w jej stronę zza drzewa.
Tego się nie spodziewała. Wrzasnęła krótko i odrzuciło ją kilka kroków dalej. Wstałam wolno, cała obolała, myśląc, że to już koniec. Ale się myliłam.
– Aculeus!
Fioletowy promień pomknął w moją stronę zza jakiegoś kasztanowca i ugodził prosto w przedramię.
– Auu!!! – Mocno je ścisnęłam, oczy zaszły łzami bólu. Zaklęcie żądlące pozostawiło czerwony ślad i obrzęk na ręku.
– Petrificus totalus! – jęknęłam w jej stronę, ale z powodu zamroczenia bólem nie wycelowałam zbyt dobrze, toteż trafiłam w drzewo obok.
– Masz zeza? – zaśmiała się ohydnie. – Oświetlę ci nieco widok!
Po czym krzyknęła piskliwie:
– Incentio!
Płomień ognia, pochłaniając po drodze pnie drzew, popędził w moją stronę…
– Aguamenti!
Strumień wody zderzył się w locie z jej buchającym ogniem. Huk wypełnił powietrze. Dwa żywioły walczyły jeszcze trochę, produkując całe masy pary, potem woda całkowicie zalała płomień. Zza gęstej pary widziałam Bellatriks tyle, co gwiazdy na niebie. Zaległa cisza…
Jakieś złowrogie zaklęcie śmignęło w moją stronę, przedzierając się przez kurtynę pary. Trafiło mnie w brzuch i krzyknęłam, osuwając się na kolana. Straszliwie zapiekło, a na kraciastej koszuli wykwitły purpurowe plamy krwi… Namacałam potężne rozcięcie przez prawie całą talię. Widocznie Black musiała użyć Sectumsempry.
Para rozwiała się, a ja rzuciłam w stronę Bellatriks:
– Expelliarmus! – Natychmiast je odbiła.
– Incarcerus!
Liny oplotły ciasno mój tułów. Poczułam narastającą panikę, a Black zbliżała się z okrutną miną…
„Levicorpus”, wrzasnęłam rozpaczliwie w myślach, celując z trudem w jej stronę. Przekonana o mojej nieszkodliwości Bellatriks wydała zduszony krzyk i poderwało ją do góry nogami. Przekręciłam różdżkę do góry, by móc przeciąć liny.
– Diffindo – mruknęłam.
Ledwo opadł ostatni splot, gdy usłyszałam dziki wrzask:
– Eicerus!
Nie spodziewałam się, że Bellatriks będzie w stanie wykonać jakikolwiek ruch. Widocznie zaklęcie, które mi się „pomyślało”, było zdecydowanie słabsze, niż takie wypowiedzone na głos. Jakaś potworna siła, której nie mogłam się przeciwstawić, poderwała mnie do góry i rzuciła o pień kilka łokci nad ziemią. Zaraz potem oderwałam się od niego i łupnęłam w kolejne drzewo. Kątem oka widziałam, jak Black wymachuje różdżką z zadowoloną miną, miotając mną o wszystkie pobliskie powierzchnie. „Tego samego czaru użyli kiedyś Huncwoci na Severusie”, przemknęło mi przez głowę. Moje ciało bezwładnie obijało się o wszytko naokoło, a ja czułam potworny ból i smak krwi w ustach. Szaleńczy śmiech Black mącił ciszę. Bawiła się doskonale…
– Drętwota!
Śmiech ustał, bezwład ciała również. Zatrzymałam się na wysokości pierwszego piętra i runęłam w dół. Usłyszałam tupot nóg.
– Meg!
Dostrzegłam nad sobą dwie przerażone twarze. Syriusz i Lily.
– Wszystko gra? – spytała Lily.
Usiadłam obolała na ściółce, krztusząc się krwią.
– Idziemy do szpitala – zadecydował Syriusz.
– Nie – zaprzeczyłam stanowczo. Tylko nie szpital, znowu! – Nic mi nie jest.
– Co ty! Możesz mieć jakiś wylew.
– Nie… ja tylko trochę się poturbowałam…
– A co to jest?
Wskazał na moje przedramię, które wciąż piekło. Tkwiły na nim bąble, efekt zaklęcia żądlącego.
– Nic… – burknęłam.
– Polecę po jakiegoś nauczyciela, nie ujdzie jej to płazem! – zawołała Lily i pobiegła do wioski.
– Co wyście robiły? – spytał Syriusz, lustrując sztywną Bellatriks leżącą nieopodal.
– Walczyłyśmy – odparłam wymijająco.
– Po coś marnowała na nią czas? – zdziwił się z niesmakiem.
– Nie wiem. Spytaj swojej kuzynki, to ona zaczęła.
– Dobrze, że przechodziliśmy obok… – westchnął.
– Na romantycznym spacerku – rzuciłam mściwie.
Syriusz zerknął na mnie spode łba.
– Szukałam cię – mruknęłam obojętnie.
– Czemu? – Posłał mi pytające spojrzenie.
– Musimy chyba pogadać!
Pytający wzrok zmienił się w zaintrygowanie.
– Dlaczego chodzisz z Lily? – wypaliłam, chyba nieco pretensjonalnie.
Zmarszczył czoło, po czym mruknął sarkastycznie:
– Zazdrosna jesteś?
– Tak, o Lily! – prychnęłam. – Po prostu, pytam. List miłosny jest do ciebie niepodobny. Zresztą, ciebie nigdy do niej nie ciągnęło.
– Może to się zmieniło?
– Rany, nie oszukujmy się! – zawołałam. – Syriuszu, dlaczego to zrobiłeś Jamesowi? Powiedz, bo mi to wszystko nie daje spokoju!
Syriusz zawahał się, a potem odparł:
– Anonimowy list miłosny to był w sumie żart, a przynajmniej miał taki w założeniu być. James kiedyś go napisał. Nie chciał go wysyłać, chyba się trochę speszył, to go wyręczyłem… Chciałem dobrze, ale Rogacz nie zrozumiał dowcipu i się wściekł jak łoś… Cóż, potem go przeprosiłem i było już dobrze.
– Lily mówiła, że to ty wysłałeś jej list – zauważyłam podejrzliwie.
– James bardzo źle znosił fakt, że Lily przeczytała jego list. Był trochę żenujący, fakt, obiach… Ona coraz bardziej się utwierdzała w przekonaniu, że to on jej to wysłał. Wierz mi, nie była tym zachwycona, odnosiła się do Jamesa z politowaniem, więc wkręciłem ją, że to ja. Nie chciałem mu robić siary, za to zrobiłem siarę sobie.
– Cóż za bohaterski czyn, godny opiewania w pieśniach na przestrzeni pokoleń – zadrwiłam.
Syriusz spojrzał na mnie ambiwalentnie, ale chyba zrezygnował z riposty.
– No dobra, a potem? Jak to się w ogóle mogło stać, że wy jesteście razem? – podjęłam na nowo.
– Tak jakoś wyszło. – Wzruszył ramionami. – Rozmawialiśmy sobie, było fajnie. Generalnie Lily to bardzo sympatyczna dziewczyna, chociaż przyznaję, że dotychczas mnie nieco irytowała. Ale poznałem ją bliżej i zmieniłem zdanie. Tak szczerze? Przyszło mi do głowy, żeby poprosić ją o chodzenie i nieco podpuścić, żeby polubiła Jamesa… Wiesz, wnikanie w szeregi wrogów i robienie rozróby, czy coś w tym stylu… Chcę ją przekonać do Jima.
– Super, ale James z rozpaczy wpadł w dół chyba aż do Australii, drogi Syriuszu! – zauważyłam z politowaniem. – Raczej nie taki był twój zamiar… Nie powiedziałeś mu o swym genialnym planie zawczasu, zanim nie nabawił się wścieklizny?
– No nie… – Syriusz nieco się zmieszał. – Ale i tak by się nie dało, z początku próbował mnie zabić, gdy miałem nieszczęście na niego wdepnąć na korytarzu…
– Nie dziwię się…
– Przynajmniej wykonał kilka świadczących o tym działań, zdradzających jego intencje. Ledwo się stamtąd odczołgałem.
– Może lepiej, żebyś z Lily zerwał? James to bardziej doceni, niż bawienie się w takie akrobacje z wnikaniem w szeregi wroga… Auu, moje plecy… – syknęłam nagle, bo rany dawały o sobie znać.
– Czekaj, daj zobaczyć…
– Nie, już idzie Slughorn ze swoją pupilką. Zresztą, co by powiedziała twoja dziewczyna widząc, że obmacujesz plecy jakiejś niewiasty? – rzuciłam złośliwie.
Zanim Syriusz wykombinował stosowną ripostę, już przybyli tamci. Zostałam dostarczona do skrzydła szpitalnego przez nieco urażonego Czarnego, a Bellatriks zajął się jej były opiekun. Swoją drogą byłam ciekawa, co absolwentka Slytherinu robiła o tej porze w Hogsmeade. Ostatnio zdecydowanie za bardzo kręciła się przy szkole. Tylko po co?
Tak zakończył się ostatni, napięty tydzień szkoły. Wszyscy mieli już luz i tylko obijali się na zewnątrz nad jeziorem. Nie mogłam uwierzyć w to, że dobiegł końca drugi już rok w Hogwarcie. Jeszcze drugie tyle.
Te wakacje zapowiadały się ciekawie, bo mieliśmy brać udział w Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Zarówno James jak i Syriusz dostali od ojców po dwa bilety dla przyjaciół.
Na początku czerwca rozegrano ostatni mecz. Ravenclaw przeciw Slytherinowi. Wygrali Krukoni, co oznaczało, że Gryfoni zdobyli Puchar. Było dobre zakończenie dla Dorcas, która odchodziła ze szkoły i tym samym kończyła z nami współpracę jako kapitan.
– Bardzo się cieszę, że tam będziemy! To dopiero będzie mecz! – szczebiotałam radośnie do Lily.
– Ty wiesz, że jadę tam tylko dla ciebie? – odparła z konsternacją, wyjmując nogi z wody. – Przecież wiesz, że mam alergię na Pottera.
– O rany, ale Mistrzostwa są raz na sześć lat! – zawołałam. – To jedyna taka okazja! Następne będą dopiero w osiemdziesiątym drugim, skąd wiesz, że będziesz mogła na nich być?
– Masz rację! – parsknęła Lily. – Pewnie będę siedzieć w ciepłej chatce i zajmować się mężem i dziećmi. Gotować, sprzątać, zero rozrywek…
– No właśnie! Ciesz się chwilą, Lily! Poza tym, będzie z nami twój chłopak, na którego z kolei ja mam alergię… Co prawda, nieco mniejszą. Ale może być tak romantycznie! – Trąciłam ją w bok, unosząc wymownie brewki w górę i w dół i szczerząc ząbki psotnie.
– Mój były chłopak – poprawiła mnie cierpliwie.
– Ach! – zawołałam teatralnie. – Wiedziałam, że tego długo nie pociągniecie! Czyli Syriusz jest już wolny? Niech rozwiesi tę informację w całej szkole, fanki zdejmą czarne wstążki z włosów i inne symbole żałoby…
– Aleś ty cyniczna! – Lily pokręciła głową z rozbawieniem, wstała z trawy i ruszyła w stronę zamku, a ja za nią.
– A ja już myślałam, że będziecie razem wychowywać gromadkę dzieciaczków! – powiedziałam z radosną ironią.
– Myliłaś się! Ale wydaje mi się, że ci ulżyło, co? – Uniosła mściwie brew.
– Ja przecież jestem jego Fanką Numer Jeden! – parsknęłam.
Droczyłyśmy się jeszcze jakiś czas, dopóki nie dostrzegłam samotnej figurki, stojącej prawie w wodzie.
– Lily, pójdziesz na obiad sama? – rzuciłam.
W odpowiedzi kiwnęła głową. Popędziłam zatem w obranym kierunku.
Severus Snape stał po kostki na płyciźnie i wlepiał wzrok w dalekie góry.
– Hej… Co tak stoisz samotnie? – spytałam z troską na dzień dobry.
Nie odparł, przeniósł na mnie czarny wzrok. Podeszłam bliżej i położyłam mu dłoń na ramieniu.
– Chyba tak właśnie wygląda życie bez sensu – stwierdził beznamiętnie.
– Może Lily zmięknie przez wakacje? – zastanowiłam się. – Przecież mieszkacie blisko. Staraj się, przepraszaj ją, udowadniaj, że to była pomyłka…
– Nie, to nic nie da. Rozmawiałem z nią pod portretem Grubej Damy, ona nie chce mnie znać. Od pewnego czasu już to narastało, zwłaszcza, że zajmowałem się bardziej kumplami śmierciożercami, niż nią. Wiesz, oni nieustannie używają takich słów jak „szlama”, obsłuchałem się z tym i mi się wyrwało… Nie chciałem jej tak nazwać, nie myślę o niej tak…
– Powiem jej o tym, obiecuję. Musimy coś zrobić, by Lily to wszystko zrozumiała. Ona nie może tak niszczyć waszej przyjaźni! – mówiłam, jednocześnie czując, że mogłabym się nawet zgodzić na to, by byli razem, byleby Severus był szczęśliwy.
Spojrzał na mnie z wdzięcznością i objął mnie delikatnie w pasie jedną ręką, by to okazać. Uśmiechnęłam się do niego smutno.
– Chodźmy do szkoły, jestem trochę głodny… Muszę się najeść, w wakacje nie będzie tak dobrze.
Po tych złowieszczych słowach ruszyliśmy w milczeniu w kierunku zamku skąpanego w złotym blasku popłudniowego słońca.

2 komentarze:

  1. Oj dobrze by było gdyby sev wrócił do lily

    Ale pamiętaj jutro nowy cudny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fiuu, ulżyło mi, że Black jest znowu wolny. Mój ci on! ^.^

    OdpowiedzUsuń