Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

czwartek, 17 grudnia 2015

28. Zimna jesień

W zamku robiło się coraz zimniej, na zewnątrz nieustannie lał deszcz, czasem w obecności śniegu, który jednak szybko topniał. Lekcje na zewnątrz to była autentyczna katorga. Zielarstwo jeszcze można było znieść; odbywało się ono w zaparowanych cieplarniach i, choć opary dziwacznych roślin nie należały do przyjemnych, przynajmniej człowiek nie szczękał zębami. Gorzej było z opieką nad magicznymi stworzeniami. Kettleburn był chyba uodporniony całkowicie na niską temperaturę, ale tylko on. My po prostu nie mogliśmy wytrzymać.
– Pokazałby nam salamandry, czy coś… – narzekał Syriusz, opatulając się cieplej szkolnym płaszczem. – Przynajmniej byśmy się rozgrzali…
Niestety, wrzesień tego roku należał do jednych z najzimniejszych, jakie pamiętałam. A miało być gorzej, gdyż zbliżał się październik. A wraz z październikiem nasz szlaban.
– Nie martw się! – wystękał przez nos Sev, gdy odwiedziłam go w lazarecie, gdzie leżał z powodu silnego przeziębienia dróg moczowych. – To tylko szlaban. Wiesz co ja przechodzę, gdy idę do toalety?…
Zmienił pozycję na łóżku krzywiąc się z bólu.
– Ciesz się, że nie atakują naszego zamku, to by dopiero było…
– A więc wreszcie nauczyłeś się znajdować jaśniejszy punkt, Sev! – parsknęłam. – Ale masz rację. Tylko tyle roboty… W tym roku sumy…
– Taa… – mruknął ponuro mój przyjaciel, wykrzywiając wargi.
Niestety, sytuacja przedstawiała się gorzej. Jakby mało było nieznośnego mrozu, McGonagall oznajmiła mi, Jamesowi i Remusowi któregoś pięknego dzionka, że szlaban mamy gdzie? Rzecz jasna, na zewnątrz.
– NIEEEEEEEE!!! AAARRRRGGGGGGGGHHHHHH!!!!! – tak mniej więcej wyglądała reakcja Jamesa, na to co usłyszał.
Lecz niestety: ja, Remus i Rogaś pewnej przeraźliwie zimnej nocy wyszliśmy z zamku w towarzystwie Filcha i udaliśmy się do chatki gajowego, by odbyć szlaban.
– O nie! – jęknął James cicho tak, by wolny nie usłyszał. – Teraz, gdy będziemy z Hagridem sam na sam, to on mnie stłucze z zemsty na kwaśne jabłuszko. Wiesz, za tamte…
Nie za bardzo wiedziałam, o co mu chodziło, w każdym razie Remus mruknął:
– Nie zrobi tego, nie jest taki. Chyba…
Dobrnęliśmy do chatki, mając nadzieję, że nam nie poodpadają kończyny z zimna, nie zdziwiłabym się jednak, znajdując nogę Jamesa kolejnego dnia, leżącą sobie, jak gdyby nigdy nic na trawie, czy coś w tym stylu.
Remus zapukał do Hagrida, a ja poczułam uścisk w podbrzuszu. To był stres. Jaki będzie potężny gajowy?
Nieczęsto go widywałam, ale wiedziałam, że był bardzo wielki. To, co zobaczyłam, gdy drzwi uchyliły się nagle, trochę mnie uspokoiło, gdyż Hagrid był ubrany w różowy, koronkowy fartuch, a przy jego posturze to wyglądało bardzo zabawnie.
– No, rodzeństwo Lupin i Potter. Włazić do środka. Cholibka, to mi się zwaliło tej nocy… – burknął, lecz ja dostrzegłam w jego ledwo widocznych zza kurtyny owłosienia oczkach łagodność, a może nawet i zakłopotanie, czy rodzaj troski.
– Siema, Hagridzie! Jak leci? – zaczął od razu James, szczerząc zęby na wszelki wypadek.
– Jakoś… – zagrzmiał olbrzym. – No, to do roboty, mamy jej ździebko…
W izbie byłam pierwszy raz. Z powodu stresu nie rozglądałam się za bardzo, skupiłam uwagę na trzymaniu dłoni Remusa. Udało mi się tylko zakodować, że było tu przyjemnie ciepło i przytulnie, na kominku płonął ogień. Usiedliśmy przy stole, a Hagrid począł krzątać się przy palenisku.
– Herbatki?… – usłyszeliśmy jego tubalny głos.
Ścięło mnie z nóg, gdy to usłyszałam i przez moment zapomniałam, jak się nazywam z tego wszystkiego.
– Tak, poprosimy – odparł za nas Remus.
Przez chwilę nie działo się nic, do moich uszu dochodził jedynie trzask płonącego ognia oraz odgłos upuszczanego przykrywadełka do czajnika.
– Co będziemy dziś robić? – zapytał James, udając wielce zainteresowanego tematem.
– Obierać nasiona bety czerwonej – rozległo się zza pleców olbrzyma.
– Hagridzie, tak w ogóle, to jest Meg, siostra Remusa i moja najlepsza…
– Tak, wiem. Jestem Hagrid, wszyscy mi tak mówią.
Odwrócił się do mnie i uśmiechnął.
– Mam nadzieję że twój braciszek nie przysparza ci takich problemów w domu?
– Nie, tylko towarzysze braciszka… – odparłam, starając się by nie zabrzmiało to tak strasznie, jak w rzeczywistości wyglądało.
– No tak, Remus to grzeczne chłopaczysko, prawie wcale nie muszę go ganiać, gdy cuś przeskrobie. Ale reszta to niezłe oszołomy… Wejdzie mi taki na grządkę z dynią, z bliżej niewiadomych przyczyn…
James udał skruszonego, a my pochyliliśmy się nad nasionkami bety. Były małe i oślizgłe.
– No dobra, to bierzmy się do roboty, herbatka już się robi… – Gajowy zatarł gigantyczne dłonie.
Zaczęliśmy obierać nasiona, co oczywiście okazało się bardzo żmudną i nudną pracą, ale przynajmniej w ciekawym gronie. Hagrid okazał się kimś zupełnie innym niż mogłabym się spodziewać. Sprawiał wrażenie przede wszystkim bardzo dobrego człowieka i naprawdę go polubiłam.
– W tym lesie jest tyle do zrobienia – grzmiał dziarsko. – Co jakiś czas przytrafiają mi się naprawdę ciekawe wypadki. Cholibka, zwierzęta czasem są lepszym towarzyszem, niż ludzie, oj taak…
– Ciekawe wypadki? – zagadnął Remus. – Jakiego rodzaju?
– Na przykład dziwne substancje na mchu? – spytałam niewinnie, gdyż przypomniał mi się nasz spacerek po lesie.
– Właśnie, ostatnio znajduję coś dziwacznego – podjął z niepokojem zapytany. – Nigdy czegoś takiego… za długi jęzor…
– Hagridzie! – krzyknął z oburzeniem James. – Jak możesz! Najpierw robisz nam smaczek…
Jego foch przerwało głośne mruczenie, spod mojej koszuli. Mruczał kotek od Łapy.
Remus i James wymienili pełne rozbawienia spojrzenia i wybuchnęli szyderczym śmiechem.
– Co? – spytałam ze zdziwieniem.
James uśmiechnął się kołtuńsko, a Remus pokręcił głową, że mi nie powie. Trudno, dupki.
– Hagridzie, jak myślisz? – zagadnęłam, postanawiając nie gadać z takimi niedojrzałymi bachorami. – Dlaczego nauczyciele poszli do lasu jednej i tej samej nocy?
Hagrid nabrał wody w usta w bardzo widoczny sposób.
– Być może mieli jakieś spotkanie… – mruknął sceptycznie Remus.
– Tak, zlot fanatyków Śmierdzących Kalesonów! No, nie dziwię się, że w lesie, gdy nikt nie patrzy! – zawołał z nagłym entuzjazmem James.
– Śmierdzące Kalesony? – Zmarszczyłam brwi ze zdezorientowaniem. – A co to?
– Kapela magiczna, do której słuchania nikt się nie przyznaje, z zasady… – odpowiedział znużonym tonem Remus. – Ha ha, bardzo śmieszne, James.
– Och, wiem, że tego słuchasz, uraziłem twą dumę! – Remus w odwecie cisnął w niego obierkami nasionek.
– Po co tam poszli? – rzuciłam w przestrzeń. To pytanie wciąż wwiercało mi się w mózg. Hagrid udawał, że nie posiada organów słyszących i nadal z uporem maniaka obierał swą porcję nasion.
– Być może chcieli uniknąć szpiegowania, podsłuchów? – próbował Remus.
– Wiem! – zawołał James tonem człowieka, którego olśniło. – Postanowili zrobić zbiorową ku…
– Dobra, dosyć twoich pomysłów, dziecinko! – przerwałam szybko, węsząc jakieś chore wymysły. – Myślę, że ich spotkanie miało związek z tym napadem na pociąg…
– Koniec, wystarczy! – huknął nagle gajowy. – Nie węszcie, to nie do was należy! Narobicie sobie, cholibka, kłopotów!
Umilkliśmy zatem, lecz ja wciąż nie mogłam zdzierżyć milczenia. Po co tam poszli? I co oznaczała dziwaczna plama na mchu? Dlaczego Hagrid coś ukrywa? No cóż, być może nigdy się nie dowiemy… Nie wszystko da się wytłumaczyć na tym świecie. Nie było jednak wątpliwości, że odkąd zauważyłam te dwa dziwaczne zjawiska, nie potrafiłam ich wytrząsnąć z pamięci.

***

Na szczęście, Prorok Codzienny nie donosił o jakichkolwiek katastrofach. Widać, dziwni sprawcy zaszyli się gdzieś, a szkoła i Anglia zapomniały o przerażającym napadzie sprzed miesiąca. Ale nie ja. Wciąż nie dawało mi spokoju dziwne poczucie zagrożenia. Dzień za dniem, każdy mógł przynieść coś potwornego. No i któryś w końcu przyniósł, ale nie potworność tego rodzaju, lecz zupełnie inną…
– Proszę o ciszę! – rozległo się podczas sennego śniadania pierwszej październikowej soboty.
Głos Dumbledore’a wyrwał mnie z planowania sobie wolnego czasu na naukę poszczególnych przedmiotów.
– Mam do ogłoszenia dwie sprawy. Po pierwsze, zbliża się sezon Quidditcha, a co za tym idzie, mecz. Są wolne miejsca w drużynach. Zapisy przyjmują kapitanowie. A teraz sprawa numer dwa…
Dumbledore odchrząknął, gdyż jego słowa wywołały falę entuzjazmu. Uśmiechnęłam się do siebie. Były dwa wolne miejsca, z tego co słyszałam, a ja chciałam być ścigającą. Przynajmniej spróbować, kto wie, nie było nic do stracenia, a można zyskać świetną zabawę…
– Chociaż do Bożego Narodzenia zostało mnóstwo czasu, jednak sami wiecie, jak czas lubi pędzić przed siebie. Tradycją Hogwartu jest organizowana co pięć lat nieco większa uroczystość z tego powodu. Wypada ona w tym roku…
Spojrzałam na twarz podnieconej Alicji, podekscytowanej Lily, przerażonego panicznie Seva, wystraszonych i nieszczęśliwych Huncwotów, niezbyt rozumiejąc, czemu słowa Dumbledore’a wywołały tak skrajnie różne emocje.
Dyrektor kontynuował, uśmiechając się pogodnie znad okularów-połówek:
– Niektórzy z was pamiętają tę sprzed pięciu lat, a ja także jej nie zapomnę, oj nie… To na długo utkwiło w mojej świadomości…
Potoczył rozbawionym spojrzeniem gdzieś po płaszczyźnie wspomnień, a Łapa otrząsnął się z sennej tępoty i zachichotał do ucha Jamesa:
– Pamiętasz? Wsypaliśmy mu wtedy do majtek proszku wywołującego czyraki…
Pokręciłam głową z politowaniem, a James zaśmiał się wesoło i odparł z rozrzewnieniem:
– Dobre czasy, nasze dowcipy były wtedy tak… niewinne.
– …w związku z czym w przeddzień ferii odbędzie się bal bożonarodzeniowy! – zakończył swą wypowiedź Dumbledore.
Wywołało to burzę emocji. Po twarzach niektórych widać było, że bardzo zepsuto im ten dzień, ale ogół, zwłaszcza żeński, zareagował entuzjastycznie.
– Bal, słyszałaś?
– Ta suknia w Hogsmeade, wiesz która…
– No, zaprosi cię…
– Tak, ale odlot…
Na mnie nie wywarło to wyjątkowego wrażenia. Informacji było wciąż za mało, toteż, zaciekawiona, słuchałam dalej.
– Oczywiście, obowiązuje zawsze strój odświętny – podjął dyrektor, wciąż uśmiechając się z błyskami w oczach. – Strój taki można nabyć w Hogsmeade, ale zdarzało się i tak, że rodziny przysyłały wam taki strój. Jednak przypomnę tym, którzy o tym nie wiedzą, że każdy na bal przychodzi z partnerem do tańca.
Teraz się dopiero zaczął pisk i jęk. Zamurowało mnie. No nie, katastrofa! A jak zaprosi mnie jakiś Goyle?! Co za przypał! Kto wpadł na tak idiotyczny pomysł?
Po śniadaniu wszyscy Gryfoni i cała reszta Hogwartczyków udała się w swoją stronę, gdzie kto chciał. Atmosfera wibrowała od emocji, zupełnie skrajnych.
– Co za pomysły! – narzekałam przy Lily i Severusie. – W życiu mnie nikt nie zaprosi, skończę z jakimś półidiotą…
– No co ty! – prychnął Severus, sam skrajnie zirytowany. – Jesteś przecież… no… w każdym razie, nie powinnaś narzekać. Pasztetem nie jesteś.
Nieco się speszyłam po jego słowach. Z jakiegoś powodu zrobiło mi się niezręcznie i miło.
– Zresztą… – zaczęła Lily, posiadając najlepszy humor z nas wszystkich. – Masz do wyboru spośród czterech Huncwotów.
– Jasne! – burknęłam. – Remus to mój brat, Syriusz pewnie zaprosi Jamesa, James siebie samego. A Peter? Jest dla mnie za niski!
– Liczy się wnętrze – powiedział sarkastycznie Sev.
Dobrnęliśmy do biblioteki, udało nam się odrobić straszliwie ciężką pracę z transmutacji, równie trudną pracę z zaklęć i dość proste zadanie z obrony.
– Słuchajcie, tak wracając do tematu, czy nauczyciel może zaprosić ucznia? – spytała Lily nieco nieśmiało, a jej twarz doskonale dostosowała się kolorem do włosów.
– Wątpię, żeby Wilderowi zachciało się pląsów w odświętnej szacie – parsknął Severus szyderczo, a Lily zakopała się ze wstydu po uszy w swych notatkach, udając, że nie istnieje.

***

Jeśli nawet myśli o balu odciągnęły moją skołataną łepetynę od rozmyślań o niebezpieczeństwach za murami szkoły, to trwało to wyjątkowo krótko.
W pierwszym tygodniu października udało mi się złapać kapitan naszej drużyny, Dorcas i zapytać, jak się dostać do drużyny.
– Przyjdź na sprawdzian, odbędzie się w piątek – Uśmiechnęła się jednocześnie dziarsko i dumnie, odrzucając do tyłu teatralnym gestem burzę pięknych, kruczych pukli.
Do piątku pozostały dwa dni, lecz natychmiast zaczęłam odczuwać stres związany z eliminacjami. Dobrze wiedziałam, że nie byłam najlepszym kierowcą miotły. Miałam z nimi dotychczas raczej słabe doświadczenia, ale chęć przynależności do wspaniałej drużyny Gryfonów była zbyt kusząca, by tak po prostu z tego zrezygnować, bez spróbowania.
Nadszedł wreszcie wyczekiwany dzień. Wstałam w piątek, odczuwając ból w brzuchu i ubrałam się w szkolne szaty. Najbardziej bałam się ośmieszenia i to ono najbardziej mnie absorbowało, gdy rozmyślałam o dzisiejszych eliminacjach, schodząc na dół na śniadanie, zapominając nawet o Lily.
Trudno było mi cokolwiek przełknąć. Czemu tak się denerwowałam? Może po prostu za bardzo mi zależało?
Miałam spocone, lodowate dłonie, ale udało mi się nimi wymanerwrować i odczytałam list od rodziców, chowając list od nich do Remusa (akurat była pełnia).
Przez czas trwania lekcji nie potrafiłam się skupić na niczym innym, tylko na quidditchu. Bałam się szyderstw ze strony Huncwotów. A co, jak mnie poniżą na oczach wszystkich w jakikolwiek sposób? Może i nie byli tacy, ale czasem miałam wrażenie, że im odbijało. No, może nie czasem, cały czas.
Po lekcjach Lily, jako jedyna wiedząca o moich zamiarach, zaciągnęła mnie na błonia, bo bardzo się opierałam, czepiając się dłońmi każdej kamiennej futryny.
– Teraz nie możesz rezygnować! – stwierdziła. – Przecież lubisz quidditch! Nic nie stracisz, najwyżej cię nie wybiorą…
– Nie, tylko zrobię z siebie pośmiewisko na oczach całej szkoły! – zaskowyczałam, ale Lily była nieugięta.
Po wielu bataliach stawiłam się na boisku, a właściwie zostałam na nie zawleczona. Stało tam mnóstwo Gryfonów, tak samo zdeterminowanych, jak ja.
Lily mruknęła do mnie z milusim uśmieszkiem:
– Siadam na trybunach, tchórzu!
– Dobra! – usłyszałam władczy głos Dorcas. – Wiecie, jak obchodzić się z miotłami, więc dosiądźcie ich. To pierwsze zadanie. Komu nie uda się za pierwszym razem, odpada.
Przerażona, wyciągnęłam rękę nad leżącą miotłą i skupiłam się na myśli, że nie jest to tylko zwykły kijek.
– Do mnie!
Miotła natychmiast usłuchała, ale zrobiła to z pewnym oporem, jakby się zastanawiała, wredna krowa. Z dumą i poczuciem tryumfu nad złośliwą miotłą przerzuciłam przez nią nogę, lecz byłam nieliczną szczęściarą. Połowie moich konkurentów się nie udało. Odetchnęłam z ulgą. Może nie będzie tak źle.
Tymczasem na boisku zbierała się reszta drużyny. Zauważyłam Syriusza i Jamesa, oni jednak mnie nie widzieli.
– Dobra, ci co odpadli muszą sobie pójść, robi się rozgardiasz! – krzyknęła Dorcas, próbując zaprowadzić porządek. – Teraz zróbcie kilka rundek naokoło boiska… Nie, do was mówię, ci co zostali, no!
Była chyba podenerwowana. Ja i cała grupa Gryfonów wystrzeliliśmy w górę na starych, rozklekotanych miotłach. Niektórzy pospadali, inni powpadali na siebie. Ja starałam się trzymać nisko na miotle, byle dalej od tłumów, co na pewno mi pomogło. Konkurenci znów się powykruszali, zostali tylko nieliczni. Zaczęliśmy więc okrążać boisko, co jeszcze bardziej zredukowało liczbę chętnych. Gdy rundki się zakończyły, przed Dorcas wylądowały tylko cztery osoby, w tym ja.
– Dobrze – mruknęła cicho, po czym wrzasnęła – reszta, WYNOCHA!!!
– Hej, MEGGIE!!!
– O nie… – jęknęłam do siebie, zasłaniając ze wstydu włosami twarz.
– Potter, wiemy, że połowa Hogwartu to krewni i znajomi królika, ale opanuj się, bo ich rozpraszasz! – warknęła ostro Dorcas przez ramię. – Dobra, pozostali nieliczni, cztery osoby… Kto się zgłasza na pozycję pałkarza?
Dwie osoby wyraził chęć zostania pałkarzem, Dorcas postanowiła ich pierwszych sprawdzić, więc ja i Kathleen, moja rywalka, wmieszałyśmy się w drużynę. Od razu poczułam czyjś szept w uchu:
– A więc chcesz być ścigającą?
To był Syriusz.
– Hej, wiedziałem, że jesteś laska z jajami! – zawołał entuzjastycznie James do drugiego ucha i przytulił mnie mocno.
– Auu!!! Bo trafię do szpitala, nie do drużyny… – stęknęłam.
– Ja prędzej… – mruknął z rezygnacją Syriusz. – Ten bal mnie dobił, zwariowałem, hehe.
– Dlaczego?
– Nie wiem, kogo zaprosić, nie wiem czy w ogóle chcę kogokolwiek zapraszać. Nigdy nie znajdę niewiasty, która by mi odpowiadała… Załamię się i pójdę z Jamesem! Albo z Luniaczkiem, z Petem bym wyglądał jak pedofil.
– A ty, James? – zagadnęłam uprzejmie. – Kogo zaprosisz?
– Może… Evans-piękną-niczym-blask-jutrzenki? – zarechotał drwiąco Syriusz.
– Evans? – skrzywił się James, udając obrzydzenie.
Sprawdzian pałkarzy dobiegł końca.
– Eee, Conroy, masz problem z utrzymaniem pałki… Zostaje więc Steinmann… – ogłosiła Dorcas władczym głosem. – Mamy pałkarza, teraz wystarczy tylko znaleźć ścigającego… Dziewczyny?
Ja i Kathleen podeszłyśmy do Dorcas niepewnie.
– Zagramy sobie mecz. Mamy czterech ścigających… Syriuszu, ty pozostaniesz Gryfonem, ja będę przeciwnikiem. Gotowi? No, to wypuszczam piłki.
Tego momentu bałam się najbardziej. Z całą drużyną znalazłam się za chwilę w powietrzu. Fajnie by było, gdyby tak już pozostało…
– Start! – kobiecy głos Dorcas rozdarł lodowate powietrze. Kafel natychmiast wylądował w łapskach Syriusza, a cała drużyna przelała się na koniec boiska, na którym umieszczono bramki.
Gdy tylko znaleźliśmy się dosyć blisko bramek, Syriusz rzucił mi kafla, którego złapałam z lekkim zdumieniem koniuszkami palców, gdyż łatwiej byłoby mu rzucić do Kathleen. Zamachnęłam się, próbując wbić gola. Obrońca złapał piłkę.
Mecz znów się rozegrał, a skończył na podobnej sytuacji. Właściwie ja i Syriusz podawaliśmy sobie nieustannie kafla, a Dorcas i Kath, pomimo, że była w naszej drużynie, walczyły o jego zdobycie. Mecz był trudny, nie udało mi się wbić ani jednego gola, natomiast Kath, gdy tylko otrzymywała ode mnie piłkę, starała się coś wbić. Udało to jej się aż dwukrotnie.
Gdy wylądowaliśmy, wiedziałam już, że to ona zostanie wzięta do drużyny. Było mi bardzo przykro. Poczułam do Syriusza falę wdzięczności, że chociaż podając mi kafla i ignorując Kath pokazał, że stanowiliśmy całkiem zgraną drużynę, jednakże doskonale zdawałam sobie sprawę, że to wbijanie goli było najistotniejsze. Jednak miło, że tak bardzo walczył o to, bym to ja zakwalifikowała się do drużyny.
– Obie byłyście dość dobre – rzekła Dorcas, gdy już stanęliśmy na murawie. – Kath w strzelaniu goli, Mary Ann była niezwykle zgrana z drugim ścigającym. Lecz, niestety, może zostać tylko jedna.
Wstrzymaliśmy oddech. Dorcas zmierzyła nas wzrokiem.
– Kathleen…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz