Witaj, Drogi Czytelniku! Trafiłeś właśnie na stronę, na której będziesz mógł zagłębić się w magiczną opowieść. Mam nadzieję, że znajdziesz tu przygodę i radość. Miłej lektury!

sobota, 17 października 2015

17. Walentynki! Oszołomiasty Black i tłumofobik Snape

James Potter uniósł ciemną brew w geście niedowierzania.
– Przepraszam, ale nie dosłyszałem – stwierdził, zdziwiony. – Masz w marcu egzamin ze wszystkich przedmiotów, z wszystkich lat? To jakiś żart?
– Nie inaczej.
Siedziałam przy jednym z okrągłych, ciemnych stolików, niedaleko paleniska. James rozejrzał się ze średnim zainteresowaniem po salonie Gryfonów i znów zawiesił na mnie swój wzrok.
– Słuchaj… – Po chwili wahania usiadł na wolnym miejscu, naprzeciw mnie. – Trzeba było mi to powiedzieć, pomógłbym ci, w końcu się przyjaźnimy…
– Chyba nie jest mi potrzebna pomoc, dzięki – mruknęłam, wygrzebując notatki z historii magii spod stosu pozostałych. Jeszcze tego brakowało, żeby wciągać w tę tragedię innych nieszczęsnych.
– Na pewno?
– Tak, ale dzięki, że o mnie pomyślałeś. – Uśmiechnęłam się, a on to odwzajemnił. Kotek na szyi miauknął żałośnie. Rogacz spojrzał na mój wisiorek, po czym spytał:
– Łapa ci to dał?
– Owszem – odparłam sztywno, wracając do szukania notatek, a James uśmiechnął się tajemniczo i odszedł. Na to dziwne zachowanie uniosłam brwi i zawiesiłam wykonywaną czynność.
Schyliłam się po chwili i wyciągnęłam z torby dwie walentynki.
Nigdy dotychczas nie obchodziłam walentynek. W moim gimnazjum obchodziły go wyłącznie jakieś pary, a reszta niemiłosiernie się z tego nabijała. Czasem rodzice szli do restauracji ze sobą. Nawet mnie coś czasami skapnęło, na przykład pudełko czekoladek w kształcie serduszek od moich przybranych rodzicieli w imię rodzicielskiej miłości. Generalnie jednak nigdy to święto mnie specjalnie nie interesowało. A już na pewno nie wysyłanie miłosnych liścików.
Teraz nie było inaczej. Żadna z nich nie była romantyczną, słodziutką karteczką. Pierwszą robiłam wspólnie z Lily, była dla Remusa. Pomyślałam sobie, że jakoś go muszę pocieszyć, bo ostatnio wyglądał na niezbyt zadowolonego z życia, i przypomnieć o siostrzanej miłości.
Drugą zrobiłam sama, była dla Jamesa. Oczywiście, jej forma była przyjacielska. Nie miałam zamiaru go uświadamiać, że go wyjątkowo lubię, ale nie zaszkodziło umilić mu miłym, sympatycznym słowem tego dnia.
Pokój powoli opustoszał zupełnie. Siedziałam teraz sama. Po półgodzinnym siedzeniu przy notatkach z materiału do egzaminu od McGonagall postanowiłam się przejść. Była już chyba jedenasta w nocy, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Wyszłam z salonu Gryffindoru i udałam się w stronę Izby Pamięci. Tam zawsze czułam się swobodnie.
Gdy już przekroczyłam jej próg, spojrzałam na pierwszą od wejścia szybę. Moja twarz odbiła się w niej na swój własny, pokręcony sposób, ale już wiedziałam, że nie jestem sama. Zauważyłam w odbiciu zarys jakiejś postaci na tle okna. Na parapecie najzwyczajniej siedział sobie Severus Snape.
Spojrzałam na niego, on na mnie, a cisza zdawała się napierać na moje uszy. Żadne z nas nie spieszyło się do wypowiedzenia choćby słowa. Nie wiedziałam, czy to ja mam zaczynać rozmowę, więc czekałam biernie na jakąkolwiek reakcję mojego towarzysza.
Wreszcie Snape wydobył z siebie głos, jak zwykle brzmiący nieco drwiąco:
– Co? Lubisz tu przychodzić?
Zastanowiłam się przez chwilę, obserwując oczekiwanie na jego dziwnej twarzy.
– Zależy, z której strony spojrzeć – odparłam.
Uniósł brwi.
– Z której strony ty patrzysz w takim razie?
Zawahałam się, dziwiąc się samej sobie, że utrzymuję tę dziwną, nietypową rozmowę, i odpowiedziałam:
– Z najbardziej osobistej.
Przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając mi się zagadkowo.
– A ty? – spytałam po chwili milczenia. – Czemu tu przychodzisz?
– Hmm – mruknął i zamyślił się. – To trudne pytanie…
– A jaka jest odpowiedź? – zapytałam powoli.
Severus ociągał się trochę, zanim szepnął:
– Jak najbardziej osobista. – Uśmiechnął się tajemniczo.
Tym razem to ja przyjrzałam mu się badawczo.
– Jesteś bardzo dziwnym chłopakiem – stwierdziłam. Ciemne brwi Snape’a znikły w czuprynie tłustych włosów. – Najpierw mnie unikasz, potem bronisz, później znów unikasz…
Snape zaśmiał się krótko i nieco drwiąco.
– Ale Lily przecież bardzo cię lubi – kontynuowałam, niezrażona. – Kiedy mnie uratowałeś w toalecie… Tak, jakbyś nie był obojętny, Snape.
– Bo nie jestem – odparł, krzywiąc wąskie wargi w zagadkowym uśmiechu.
Zamilkłam. Postanowiłam być cierpliwa, ale szczerze denerwowała mnie ta cała enigmatyczność jego wszystkich wypowiedzi.
– A ty? – spytał w końcu cicho. – Broniłaś mnie, pomimo tego, że nie okazywałem ci sympatii. Nie rozumiem. Może mi wyjaśnisz?
Jego pytanie zmusiło mnie do zastanowienia.
– Nie wiem – odpowiedziałam flegmatycznie. – Hmm…
Snape nagle zeskoczył z parapetu i podszedł bliżej.
– Słyszysz? – syknął z napięciem.
Na korytarzu rozległy się kroki. Zamarliśmy, nasłuchując. Kroki ucichły zaledwie kilka stóp od drzwi do Izby.
– Irytku – usłyszeliśmy charkot Filcha. – Zabiję cię za tamtą zbroję…
Poczułam, jak zziębły mi palce. Filch! Czy on zawsze musi się napatoczyć?
– Szybko! – syknął Severus, chwycił mnie za przegub i pociągnął za sobą. Podbiegliśmy na palcach do drewnianej, wyjątkowo szerokiej komody, stojącej w rogu Izby. Sev otworzył szybko drzwi. W komodzie nie było prawie w ogóle miejsca, wszystko zajmowały drewniane półki ze złotymi nagrodami. Pod ostatnią półką, przy ziemi, było pusto.
– Właź! – szepnął, schylając się, by sprawdzić, czy rzeczywiście nic tam nie ma.
– Co?! – spytałam z niedowierzaniem, ale nie było czasu na fumy – z każdą sekundą w komnacie robiło się jaśniej, bo Filch kluczył już między licznymi półkami. Szybko położyłam się na podłodze i wczołgałam pod ostatnią półkę. Przycisnęłam się do ściany komody, żeby Snape też mógł wejść. Gdy już to uczynił, zamknął drzwi z najwyższą ostrożnością i ogarnęła nas idealna, duszna ciemność. Przez szparę między drzwiami zobaczyliśmy smugę światła, pochodzącą od latarni Filcha.
Czułam się, niczym w trumnie. Komoda była na tyle długa, by rozprostować swobodnie nogi, ale z dwóch stron czułam okropny nacisk. Ciasno byłoby tam jednej osobie, a co dopiero dwóm.
Spróbowałam odwrócić się w stronę ściany komody, ale bezskutecznie. Było zbyt ciasno na jakiekolwiek manewry. Poczułam się bardzo niekomfortowo. Ściśnięcie obok Severusa było okropne, w końcu ten chłopak był mi praktycznie obcy, tak więc czułam wobec niego tylko wstręt.
– Poszedł? – szepnęłam, chcąc przytłumić narastającą niechęć.
– Nie – mruknął cicho Severus. – Krąży.
Postanowiłam tkwić w bezruchu, żeby nie zdradzić naszego miejsca pobytu, ale długie końcówki włosów Snape’a łaskotały mnie w twarz. „Zaraz kichnę!”, pomyślałam z rozpaczą i spróbowałam sięgnąć dłonią, by powstrzymać kichnięcie, ale nie potrafiłam zmieścić ręki między mną, a Sevem. Kichnęłam głośno i malowniczo, Severus przełknął głośno ślinę, zaklął, a pod naszą komodę już zasuwał Filch. Otworzyły się drzwi, a moje serce stanęło na moment.
– Mam cię! – warknął znienacka woźny. Ja i Sev czekaliśmy w milczeniu na „za mną” Filcha, ale nic nie powiedział. Zrozumiałam. On wcale nas nie zauważył. Powiedział tak pewnie odruchowo.
– Szata osunęła mi się chyba na buty Filcha! – syknął prawie niedosłyszalnie zrozpaczony Sev, a ja zamarłam.
Lecz Filch nic nie zauważył. Zamknął z powrotem komodę i oddalił się, burcząc coś do siebie o kichających, magicznych komodach.
– Mało brakło – mruknął Snape.
Po półgodzinnym leżeniu jak śledź dostałam nagłego ataku klaustrofobii, a Snape wyłaził ze skóry, by mnie uspokoić. Niestety, nie mogliśmy się uwolnić, bo Filch uparł się, by krążyć po Izbie Pamięci. Być może ulubioną rozrywką Irytka było rzucanie kryształowymi pucharami-nagrodami o okna? W każdym razie Severus usnął, choć pod koniec uspakajania mnie zachowywał się jak jeden kłębek nerwów. Ja nie mogłam oddychać głęboko, co było przyczyną bezsenności. Poza tym, zdrętwiałam już tak, że zaczęłam zastanawiać się, czy cała lewa część ciała nie jest purpurowa od zatrzymanego krwiobiegu. Wreszcie osunęłam się w płytki, niespokojny sen.

***

Otworzyłam, wydawałoby się pięć minut potem, oczy, ale ogarniała mnie wciąż lepka ciemność. Poczułam na policzku i czubku nosa coś miękkiego, wełniastego-to podczas snu moja głowa spoczęła na swetrze Snape’a. Poczułam się trochę głupio i przylgnęłam do tylnej ściany komody, by szybko zdjąć głowę ze swetra Severusa, ale natychmiast poczułam okrutny ból w karku. Severus najwyraźniej odczuł, że jakiś ciężar ustąpił z jego ramienia, toteż rozbudził się. Najwyraźniej zapomniał o naszym położeniu, bo machinalnie podniósł się do góry, walnął bokiem głowy w dolną półkę i jęknął, klnąc.
– Nigdy więcej! – warknął w końcu i naparł ciałem na drzwi komody.
– Co jest? – wychrypiałam.
– Nie otworzę! – syknął z popłochem. – Filch musiał zatrzasnąć moją szatę i drzwi się zacięły!
– Spróbuj jeszcze raz! – poprosiłam, przerażona perspektywą pozostania w komodzie chociaż minutę dłużej.
Snape pchnął jeszcze raz, po czym wypadł z łoskotem na posadzkę. Wstał i odetchnął z ulgą.
Wygramoliłam się i wyskoczyłam z radością z tej okropnej trumny. Westchnęłam pełną piersią.
– Powietrze! – westchnęłam ze szczęściem i całe moje ciało poczuło wreszcie luz.
– No! Przestanę narzekać na moje domowe posłanie…
Wyszliśmy tajemnym przejściem z Izby Pamięci na zalany słońcem korytarz na czwartym piętrze, kompletnie wymiętoszeni, i automatycznie, bez słowa zeszliśmy po schodach w kierunku parteru.
– Severus? Meg?
To była Lily. Wpadliśmy na nią w okolicach sali wejściowej. Była nieco zaskoczona.
Opowiedzieliśmy jej wszystko w skrócie.
– Jej, a ja zastanawiałam się, czemu nie było cię w dormitorium! – Lily zakryła usta dłonią z przerażeniem. – To wszystko musiało być okropne!
– Bo było – burknął Severus.
– Pewnie jesteście głodni, co? – zagadnęła Lily.
– Okropnie! – odparłam. – Gdyby dzisiaj nie była sobota, tylko normalny dzień szkoły, to bym chyba nie wyrobiła…
Lily zgarnęła trochę grzanek z Wielkiej Sali, po czym wszyscy troje usiedliśmy na marmurowych schodach, wcinając śniadanie. Smakowało cudownie, mimo faktu, że było to tylko kilka grzanek.
– A dzisiaj są… – zaczęła Lily z wesołością w głosie, a Severus jęknął. – …Walentynki! I hmm… romantyczny wypad do Hogsmeade!
– Jaki romantyczny wypad? – spytałam z zaskoczeniem. – Idziesz z kimś?
– Nie, ale pójdę z wami, no nie? – Lily z rozmarzeniem splotła dłonie razem. – To niezwykły dzień! Pełen miłości i szaleństwa! Każdy ma uczucia, a ten dzień jest po to, by je wrazić! Zakochani mogą być ze sobą i nikt nie będzie się śmiał, to takie romantyczne! I wszędzie są serduszka…
Sev skomentował to swoim gburowatym tonem:
– Taa… Sranie w banie…
– Severusie! – zawołała z oburzeniem Lily. – Z takim podejściem będziesz zawsze sam! A tak poza tym, to mówiłam ci, że nie lubię, jak ktoś przy mnie mówi brzydkie wyrazy! Wiesz o tym!
Uśmiechnęłam się pod nosem i po chwili o czymś sobie przypomniałam.
– Poczekajcie tu – mruknęłam i popędziłam do dormitorium, zostawiając Lily i Severusa, którzy sprzeczali się o coś zawzięcie. Chwyciłam walentynki, które wczoraj zostawiłam w torbie i wrzuciłam do wielkiej, tandetnej skrzynki na walentynki, która co pewien czas wykrzykiwała: „Walentynki, walentynki! Dla chłopczyka, dla dziewczynki!”, speszyłam się kilka razy, zażenowałam w duchu wyglądem i zachowaniem skrzynki, po czym wróciłam do Lily i Seva.
– To co robimy? – spytałam, gdy nareszcie się z nimi zrównałam.
– Do Hogsmeade! – zakomenderowała Lily, ale Severus jęknął:
– Nie teraz! Tam są tłumy… i dużo różu…
– Boisz się tłumów? – spytała Lily z drwiną, a Snape się najeżył.
– To fakt, tłumy nie są zbyt miłe! – mruknęłam, Lily spojrzała na mnie z wyrzutem.
W tej chwili minęła mnie spora sowa, upuszczając karteczkę u stóp Lily.
– Sowa? – spytałam, zaskoczona. – O tej porze?
– One roznoszą te głupie kartki… – burknął Severus.
– Walentynka? – zdziwiła się Evans. – Dla mnie?
Podniosła liścik, przeczytała go, po czym zrobiła się czerwona. Zgniotła karteczkę jednym, zgrabnym ruchem, wyciągnęła różdżkę i mruknęła „Evanesco!”. Kartka rozsypała się w popiół.
Ja i Severus unieśliśmy ze zdumieniem brwi.
– I ty coś mówiłaś o okazywaniu uczuć? – spytałam sarkastycznie, a Lily rzuciła mi jadowite spojrzenie.
– No co? – spytała, lekko się rumieniąc. – To miło, że ktoś o mnie pomyślał, ale nie jestem zainteresowana randkowaniem ze starszymi Puchonami…
Zanim zdążyłam parsknąć, znokautowała mnie jakaś narwana sowa.
– Auu!
Sowa chwilę potem odleciała. U moich stóp leżały aż trzy kartki. Trzy kartki?!
– Tłumy fanów? – spytał z drwiną Sev, a Lily, najwyraźniej wytrącona z równowagi tamtą walentynką, burknęła:
– Masz jakąś obsesję na punkcie tłumów, czy co?
Severus zrobił skwaszoną minę, a ja otworzyłam pierwszą kopertkę. Po pierwszym wersie już wiedziałam, co za ciężki palant mi ją przysłał.

„Drogi Kotku!
Jako przedłużenie naszego rozejmu, przysyłam Ci tę oto kartkę walentynkową, Abyś wiedziała, że nie jesteś mi obojętna. Taka przyjacielska sugestia.
Syriusz Łapa Black”

– Hmm… – westchnęłam ze znużeniem. – Ciężki przypadek, oj tak… Mówisz do takiego normalnie, a on nic. Nie wiem, może on nie kuma, jak się do niego mówi…
– Kto? – spytał Sev.
– Oczywiście, Syriusz. Tyle razy mu mówiłam, żeby nie zwracał się do mnie w taki sposób…
Groch o ścianę…
Kręcąc głową nad tępotą Syriusza, otworzyłam drugi liścik.

„Droga Mary Ann (tylko żeby nie było, że coś)!
Ta kartka nie jest zbyt bogata w zbędne ozdoby, wiem. Wystarczy tylko jedno, proste słowo: kocham!
Twój kochający BRACISZEK!
P.S.: Remus Lupin, jakbyś się dłużej zastanawiała”

Uśmiechnęłam się na myśl o Remusie. Miałam szczęście, że to on był moim bratem. Wiedziałam, że relacja brat-siostra może być bardzo nieprzyjemna. Cieszyłam się, że byłam dla niego na tyle ważna, że nie miał problemu z wysłaniem takiej kartki.
Otworzyłam wreszcie ostatnią karteczkę.

„Księżniczko Moich Snów (ale szajs, co nie?)!
Jesteś wyjątkową dziewczyną i naprawdę Cię lubię.
P.S.: I nie przejmuj się egzaminem, zawsze zostanie dziarska praca gajowego! Ja to umiem pocieszać, no nie?
Stary, skostniały James Rogacz Potter, Kawaler Na Zamku Hogwart, Główny Huncwot, Posiadacz Największej Liczby Orderów W Zawodach Na Najbardziej Malowniczego Pawia, Król Gryfońskich Ścigających, Najbardziej Wzięty Gryfon, etc.…
     P.P.S.: Chcesz autograf?”

Parsknęłam w rękaw. Hmm, ciekawe, czy z tym pawiem to był tylko żart? Znając Jamesa, nie.
Wreszcie, po godzinnej namowie, Sev przezwyciężył tłumofobię i mogliśmy spokojnie stanąć w ogonku do Filcha. Nieco niesympatycznie czułam się z faktem, że nie myłam się od parunastu godzin i nie zmieniałam ubrania, ale postanowiłam sobie nie zawracać tym głowy. Najwyraźniej Severus wyszedł z takiego samego założenia, bo także nie miał z tym problemu. Chociaż coś podpowiadało mi, że ten tłustowłosy chłopak był generalnie jakiś niedomyty.
– Hmm, mam złe skojarzenia z tym człekiem, a ty? – mruknęłam do Severusa, a on kiwnął, obserwując Filcha spode łba.
Niedaleko, w pewnej odległości od normalnych ludzi, stała sobie grupka Huncwotów. Postanowiłam podejść do nich, by podziękować za walentynki.
– Hej! – zaczepiłam ich i mruknęłam do Remusa – Dzięki za walentynkę. Była bardzo miła!
Remus uśmiechnął się wymownie.
– Ja też ci dziękuję za kartkę. Poczekaj, bo tu jest straszny rumor…
Bo oto James wskoczył Syriuszowi na barana i zaczął piać jak kogut, a Łapa zataczał się pod jego ciężarem.
Podeszłam do Syriusza, spojrzałam w górę na Jamesa i powiedziałam stanowczo:
– Nie.
– Co: „nie”? – spytał zaskoczony James.
– Nie, nie chcę autografu – stwierdziłam.
James potrzebował piętnastu sekund intensywnego myślenia, by skojarzyć oba fakty.
– Aaaa… – zareagował w końcu flegmatycznie. – A szkoda, kiedyś będę sławny, a wtedy ty, właśnie ty, będziesz płakać w poduszkę, ale nie, to nie, łaski bez! A tak w ogóle, to dzięk… AAAAA!!!
On i Syriusz runęli na kamienie, którymi wyłożono dziedziniec.
– Weź ten drugorzędny dżins z mojej szlacheckiej twarzy, dziecinko! – jęknął Black, odgarnął nogawkę spodni Rogacza, po czym błyskawicznie wstał i otrzepał się z godnością.
– No, nie dziwię się, że stoicie tak daleko od normalnych, zdrowych na umyśle ludzi – mruknęłam z ironią. – Kwarantanna, no nie?
Syriusz zrobił obrażoną minę, ale nagle coś sobie przypomniał.
– A mnie podziękować, to nie łaska? – spytał mnie. – Jak ci się podobała walentynka, kotku?
– Hmm, zależy, z której strony spojrzeć, myszko – powiedziałam filuternie, już dawno postanawiając sobie, że trzeba odpłacić Blackowi pięknym za nadobne: nazywać go w obciachowy sposób przy kumplach. – Na przykład z tyłu, to białe pole: całkiem niezły kawałek pergaminu, można by na nim coś zanotować… Praktyczna rzecz!
Syriusz złapał się za głowę i zaczął biadolić teatralnie:
– A ja nad tym siedziałem cały tydzień, głowiąc się i głowiąc…
– No tak, rzeczywiście – mruknęłam z sarkazmem. – Wymagało to wyjątkowo natężonej pracy mózgu…
Syriusz wyprostował się z godnością.
– Taka obraza rycerskiego honoru nie może pozostać bez reakcji. Wyzywam cię na pojedynek!
Uniosłam brwi w szczególny sposób.
– To chyba znaczyło: „Ale niedorobiony czubek!”, no nie? – spytał teatralnym szeptem James, ale Łapa już stanął w pozycji bojowej, wyciągając przed siebie ręce.
– Jak chcesz, cukiereczku!- stwierdziłam, chwyciłam go za dłonie i zaczęliśmy się mocować z zaciętymi minami. Remus, Peter i James kibicowali mi, a ja i Syriusz naciskaliśmy na swoje dłonie, mierząc się spojrzeniami z kombinatorskimi uśmieszkami.
– Tak łatwo ze mną nie wygrasz! – parsknęłam, ale on obrał inną taktykę: raptownie objął mnie jednym ramieniem w pasie, druga ręką przerzucił przez swoją głowę moje ramię i podniósł mnie. Ani się obejrzałam, a już zwisałam głową do góry, przerzucona przez jego bark jak kawał mięcha.
Syriusz zaśmiał się tryumfalnie, a ja już widziałam na sobie żądne krwi spojrzenia lasek w promieniu dziesięciu stóp.
– Postaw mnie na ziemię, oszołomie! – zawołałam z przerażeniem, ale jednocześnie krztusiłam się ze śmiechu. – Matole jeden!
– A gdzie się podziało „Cukiereczku”? – parsknął Syriusz.
– Aaa! – krzyknęłam ze strachu, bo Łapa zachwiał się podejrzanie, ale po chwili stwierdziłam, że po prostu ruszył się z miejsca. Począł chodzić w kółko i śpiewać jakiś podniosły hymn. Objął mnie ramieniem w moim zgięciu nóg i zawołał z dumą:
– Mój łup wojenny!
– Chciałbyś! – krzyknęłam i zasunęłam mu potężny cios w plecy pięścią. Platynowy kotek dyndał przed moimi oczyma, mrucząc głośno. – Syriusz, to już nie jest zabawne!
Czułam się niczym baleron, przewieszona przez czyjeś ramię. Nagle Black zachwiał się i… runął, jak długi, na ten bok, na którym, niestety, spoczywałam ja.
Podniósł się bez słowa po chwili, gdy już pokapował się, że leży, po czym chwycił mnie. Gdy już wstałam, z jego pomocą, dźgnęłam go palcem w pierś oskarżycielsko.
– Nigdy więcej tego nie rób! – zawołałam. – Przy tobie człowiek obawia się każdego gwałtowniejszego ruchu!
Syriusz uśmiechnął się tajemniczo.
– Przyznaj, podobało ci się!
– Nie, wcale nie! – zaprzeczyłam z oburzeniem.
– Oj, tak!
– Nie! Nie wmawiaj mi bzdur!
– A ja jednak twierdzę, że… – zawahał się, po czym dokończył – zapasy to coś, co zawsze już będziesz lubić, kotku!
– Mylisz się, myszko!
Odwróciłam się na pięcie i odeszłam do obserwujących tę scenę Lily i Seva. Severus wyglądał, jakby mu się zrobiło wręcz niedobrze.
Pokręciłam głową z politowaniem, by skwitować to, co przed chwilą oglądali.
– Mam nadzieję że nie będziesz mieć mi tego za złe – mruknął Sev – gdy ci powiem, że moja różdżka i upadek tego idioty miały ze sobą coś wspólnego?
– Och – mruknęłam. – Dzięki, Sev, nie wiem, czy by mnie puścił. On zawsze robi to, co chce.
– No, to chodźmy wreszcie! – zawołała Lily i razem ruszyliśmy do kolorowego, wesołego Hogsmeade, by przeżyć w nim pełne atrakcji walentynkowe popołudnie.

1 komentarz:

  1. jeee :)
    juz od kilku dni zagladam czy cos nowego jest hihi :)
    jak zwykle suuuper jak wszystko:)
    aniloraK

    OdpowiedzUsuń